Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Sportowa Małopolska
My zawsze będziemy czekać aż Stasiu Syrda wróci z tego meczu...2012-04-02 21:18:00

Tyle w życiu napisałam słów, ale te w żaden sposób nie chcą się układać. Tak nagle odszedł mój Tata - Stanisław Syrda, dla nas, dla mamy, mojej siostry Marty, naszych dzieci i rodzin najcudowniejszy, a przecież najcichszy przyjaciel, towarzysz wszystkich naszych wyborów, dobrych i złych chwil, nasze bezwarunkowe wsparcie. Tata zrobił z nas wyjątkową rodzinę, bo mimochodem zaszczepił w nas wszystkich wspaniałą, choć czasem trudną miłość  - do sportu i jego ukochanego klubu - Bronowianki. 


Pana Staszka znają wszyscy, którzy kiedyś do Bronowic zaglądnęli. Trafił do Bronowianki, gdy miał 10 lat. Jego ojciec Jan Syrda był jednym z założycieli klubu, zasiadał w zarządzie Bronowianki. Bracia Jana, Władysław i Edward, stryjowie Taty byli piłkarzami Bronowianki. Staś został piłkarzem jak oni. Od 1958 roku był wierny Bronowiance, służąc jej ze wszystkich sił. Grał w niej jako piłkarz, był potem trenerem drużyny seniorów i grup młodzieżowych, ostatnio od kilku lat pełnił funkcję kierownika pierwszej drużyny, a także jednego z gospodarzy klubu. Zasiadał przez wiele lat w zarządzie Bronowianki, często akurat w chudych czasach, gdy od takich ludzi jak On zależało, czy Bronowianka przetrwa. Nigdy nie powiedział, że tyle czasu, sił i serca poświęca Bronowiance z miłości do niej. Tata rzadko mówił o uczuciach, nigdy nie używał wielkich słów. Odznaczeń i medali za działalność społeczną nie chciał publicznie odbierać, taki był zmitygowany, że inni robią przecież więcej, a ktoś chce Jego nagrodzić. Tata chciał tylko cicho działać, nie dla pochwał i podziękowań.

Zaraz po pracy w fabryce przychodził do klubu i tu pracował do nocy. Robił takie zwykłe rzeczy, bez których klub by się nie obył, a wszyscy myślą, że zrobi je ktoś inny... Wychodził tysiące kilometrów znacząc linie boiska przed meczami, zakładając siatki na bramki i rozstawiając chorągiewki. Ustalał harmonogramy treningów, pakował sprzęt na mecze, skwapliwie pilnował każdej zabranej na trening piłki, załatwiał formalności w piłkarskim związku, naprawiał zepsute krany i wszystko inne, bo był złotą rączką. Gdy trzeba było, chodził prosić gdzie się da o pieniądze na przetrwanie klubu albo zakasywał rękawy i murował ściany z prezesem Skrzypkiem w starej siedzibie klubu, gdy powstawała sekcja tenisa stołowego. Palił w kaflowych piecach, które ogrzewały salkę klubową, w której trenowały pingpongistki, by potem zawędrować do ekstraklasy. Sprawdzał przed nocą, czy wszystkie drzwi są zamknięte.

Doczekał czasów, gdy z drewnianej chatki Bronowianka przemieniła się w prawdziwe centrum sportu z okazałymi halami i trybunami przy boiskach piłkarskich. Nigdy na nich nie zasiadł, bo mecze drużyn Bronowianki zawsze oglądał stojąc. Mówił, że tak się mniej denerwuje. Razem z mamą doglądali sprzętu dla piłkarzy, dbali o herbatę, która u nich czekała na każdego gościa.


Niektórzy odwiedzali Bronowiankę tylko po to, żeby spotkać się z panem Staszkiem i o Bronowiance albo piłce porozmawiać. Żartował, czasem ostro, z klubowymi juniorami i trampkarzami, a oni przychodzili mu opowiadać o szkole i domu, a czasem tak sobie posiedzieć i pogadać o niczym. Bardzo się przejmował, gdy wychowankowie odchodzili z Bronowianki, bo chciał, żeby w pierwszym zespole było ich jak najwięcej. Mówił o grupach młodzieżowych najcieplej jak potrafił - nasze trampkarzyki, nasze juniorki. Kiedy piłkarzom nie wychodził mecz, tata i tak stawał po ich stronie. Mówił często: "Nawet nieźle grali, taki pech, że nic nie chciało wpaść... A sędzia to już szkoda gadać". Sam także był sędzią, znakomicie czuł grę i piłkarzom w niej nie przeszkadzał, ale nie wytrwał przy tym długo. Musiałby zostawić Bronowiankę... A nie zostawił jej, nawet, gdy został trenerem Wisły Rząska, w której także znalazł wspaniałych kolegów i oddanych zawodników. Miał  zresztą wielu dobrych znajomych w klubach z całej Małopolski. Ci, którzy znali krakowski futbol i w nim pracowali, znali i Jego.

Klub - przez tę pasję Taty, którą przejęła też mama, stał się naszym drugim domem, a Bronowianka była najczęstszym tematem naszych domowych rozmów. Przy świętach, imieninach, chrzcinach rozprawialiśmy o niej i drugiej wybrance Taty - Cracovii, której był niepoprawnym kibicem od dziecka. Martwiliśmy się razem, gdy nam się wydawało, że się w Bronowiance źle dzieje. Często się spieraliśmy, jak byłoby lepiej dla klubu. Kolejne pokolenie Syrdów zaczęło w nim grać i działać. Tata nami dowodził.  

31 marca 2012 był rano na meczu juniorów Bronowianki. Wrócił szybko na obiad, ustalił z mamą, że seniorzy wezmą na mecz z Jutrzenką Giebułtów koszulki z długim rękawem, bo znów zrobiło się tak zimno. Wyjechał z chłopakami na ważny mecz, ważny, bo teraz, gdy walczą o utrzymanie każdy punkt jest ważny. Powiedział, że wróci koło szóstej. W drodze żartował, na stadionie wpisał skład gości do protokołu meczowego. Stanął przy bocznej linii. Minął kwadrans gry, zaczął padać deszcz ze śniegiem.

Zasłabł...


Biegliśmy ze wszystkich stron na pomoc, chłopaki, a z nimi Łukasz z murawy, ratownicy, lekarze, my od dzieci i z pracy, Artur z boiska w Piekarach. 

Przybiegliśmy. Nie dało się nic zrobić...

Mamy pożegnać Tatę w środę 4 kwietnia 2012 o godz. 12 w kościele św. Antoniego w Bronowicach Małych, stamtąd odprowadzić Go na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu na Pasterniku.

Ale my zawsze będziemy czekać aż wróci z tego meczu...


Małgorzata Syrda-Śliwa


tatastas.jpg
stas2-1.jpg
stas3.jpg


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty