Facebook
kontakt
logo
Strona główna > PULS DNIA
Jerzy Dudek między Koseckim a Bońkiem2012-10-13 22:05:00

Jerzy Dudek, triumfator Ligi Mistrzów, były piłkarz Realu Madryt, został patronem Akademii Sportu Progres, która na Suchych Stawach kształcić będzie piłkarskie talenty. O nowym projekcie, wyborach w PZPN i tym, co Dudek ma do zaoferowania polskiej piłce rozmawiamy z krakowianinem z wyboru.


- Został Pan patronem Akademii Piłkarskiej Progres, która od listopada będzie działać w Krakowie pod skrzydłami Stowarzyszenia Siemacha we współpracy ze Stowarzyszeniem Pomocy Młodym Talentom Sportowym Hutnik. Dlaczego zaangażował się w ten pomysł? Mógł Pan otworzyć szkółkę pod własnym szyldem, zapewne cieszyłaby się zainteresowaniem.

- To jest wspaniały projekt, od razu mnie ujął profesjonalizmem. Mój patronat to gwarancja, że to będzie udane przedsięwzięcie. Obiekty na Suchych Stawach zostaną dzięki niemu dobrze wykorzystane. Mam zamiar być bardzo blisko całego przedsięwzięcia. Z propozycją takiej współpracy przyszło do Siemachy Stowarzyszenie Pomocy Młodym Talentom Sportowym. Potem zostałem do niej zaproszony. Będę uczestniczył w działaniach tej szkółki tak jakby to była moja własna szkółka piłkarska. Siemacha przyzwyczaiła już do wysokiego standardu w swojej działalności i tak będzie także w tej piłkarskiej.
Od kilku lat pracuję nad stworzeniem własnej szkoły piłkarskiej Jerzego Dudka, może uda mi się ten projekt zrealizować w niedalekiej przyszłości. Na razie dzięki Siemasze mogę realizować siebie w bardzo owocny sposób przy projekcie Akademii Sportu Progres, tak jakby było to moje własne dziecko.

- Na czym będzie polegała rola patrona tej Akademii?

- Będziemy stale rozwijać pomysły na tę współpracę - od organizacji obozów sportowych aż po wyjazdy na mecze Realu Madryt czy Liverpoolu, ale najważniejsza będzie codzienna troska o wysoki standard opieki nad dziećmi. Mam nadzieję wspólnie z trenerami pracować na metodami treningowymi, aportować rozwiązania, które widziałem w wielu dobrze zorganizowanych miejscach piłkarskich  na świecie. Być może wychowamy wielkich piłkarzy, ale nie wszyscy mogą takimi zostać. Równie ważne, jeśli nie ważniejsze jest, żeby wychować dobrych ludzi, żeby dzieci miały radość z uprawiania piłki i mogły rozwijać talenty w dobrych warunkach.

- W Polsce jesteśmy już chyba przyzwyczajeni do bylejakości w szkoleniu dzieci, chociaż postulaty z tym obszarem związane znajdą się zapewne w programach wszystkich kandydatów na prezesa PZPN...

- Wielu ludzi błędnie myśli o PZPN, że szkolenie młodzieży zależne jest od tej federacji. Wiele jej można zarzucić, ale szkolenie to działka zależna od klubów piłkarskich, PZPN może im najwyżej pomóc, na przykład w zorganizowaniu wyjazdu trenera na stać do zagranicznego klubu. Jeśli kandydat na prezesa będzie mówił, że ulepszy szkolenie młodzieży, to  jest chwalebne, ale raczej nieosiągalne centralnie.

- Przyglądał się Pan dotychczasowym standardom pracy trenerskiej Stowarzyszenia Pomocy Młodym Talentom Sportowym i widzi w nich zalążek tych, do których chcecie dojść w Akademii Sportu Progres?

- To stowarzyszenie zwróciło się do nas z prośbą o pomoc, Siemacha zdecydowała się wziąć je pod swoje skrzydła i to jej standardy będą obowiązujące, a są wysokie. Będziemy też koordynować pracę grupy trenerów. Nikomu nie gwarantujemy produkcji zawodowych piłkarzy na pęczki, ale chcemy gwarantować, że wyrosną z tych dzieciaków porządni ludzie. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem obiekty na Suchych Stawach - boiska, hale, basen, siłownie pomyślałem, że to idealne warunki dla szkółki piłkarskiej.

- Dziś wszyscy chłopcy, którzy będą trenować w Akademii, a pewnie ich rodzice jeszcze bardziej, patrząc na patrona marzą o podobnej do niego karierze piłkarskiej. Jak może Pan pomóc  chłopcu, który ma talent i zadatki na wielkiego piłkarza? Czy Jerzy Dudek otworzy takiemu talentowi drzwi do Realu czy Liverpoolu?

- To rodzice będą głównie decydować o tym, jak pokierować dzieckiem i myślę, że na początek właśnie do rodziców trzeba będzie skierować największą część edukacji. Odkąd jestem w Polsce, często spotykam się właśnie z takimi rodzicami, którzy mówią: "Słuchaj, mam syna, który jest świetny w bramce, uderza  świetnie i łapie jeszcze lepiej, jest najlepszy w drużynie i nie ma tu warunków do trenowania. Chyba muszę go wysłać za granicę." I opowiada mi jeszcze kilka minut o swoim synu. Odpowiadam "Coś mi się wydaje,że ten twój chłopak nie ma więcej niż 10 lat". "Tak" - mówi tata. "Ma osiem..." Po pierwsze chcemy w naszej akademii stworzyć warunki do rozwoju, trenowania,a potem się będziemy martwić co robić z tymi diamentami i ich talentami. Zaczniemy od rodziców, żeby wiedzieli, że piłka to może być wielka przygoda, ale w niej nic nie można robić na siłę. Jeśli będę mógł pomóc, to oczywiście będę pomagał, doradzał, będziemy wspólnie szukać najlepszej drogi. Podejrzewam jednak, że jeśli ktoś będzie miał naprawdę wielki talent, to Liverpool sam go znajdzie, ja nie będę mu musiał otwierać tych drzwi. 

- Droga do wielkiej piłki prędzej wiedzie przez zagraniczne szkółki piłkarskie?

- Każdy chłopak, który gra w II polskiej lidze, spełnia swoje marzenia i ma szanse osiągnąć te wyżyny, na których są dziś Jakub Błaszczykowski i Robert Lewandowski. Do tego trzeba jednak spotkać na swojej drodze właściwych ludzi.

- W Polsce można ich spotkać?

- W Polsce również. Jest tu wielu pasjonatów, którym trzeba tylko stworzyć warunki do pracy. Pamiętam, że ja byłem superszczęściarzem. Miałem wprawdzie piaskowe boisko, ale robiłem to co lubiłem, nie musiałem dojeżdżać na treningi. Dziś chyba za dużo w ten młodzieżowy sport próbuje się wtłoczyć dorosłego profesjonalizmu, a za mało jest miejsca na emocje, czystą pasję, zabawę.

- Akademia Sportu w Krakowie jest jednym z kilku przedsięwzięć, w które zaangażował się Pan po powrocie z zagranicy. Próbuje Pan różnych rzeczy - a to mowa o dyrektorze sportowym reprezentacji, a to dyrektorze w klubie. Mam wrażenie, że wciąż jest Pan na etapie szukania nowego pomysłu  na siebie, który sprawiałby Panu taką frajdę jak gra w piłkę. Czy już Pan wie, jaka będzie ta nowa droga? A może powrót do futbolu jest jeszcze możliwy?

- Byłem 16 lat poza krajem. Mam trochę zdezorganizowane życie i ten czas, który już minął od dnia, w którym zawiesiłem karierę i ten który jeszcze przede mną, jest przeznaczony na to, żebym na nowo poukładał swoje sprawy. Miałem dotąd bardzo zharmonizowaną pracę - trening, odpoczynek, trening, odpoczynek, mecze u siebie, wyjazdy. Mniej więcej wiedziałem w jakich ramach się poruszam, a teraz - jak Pani świetnie zauważyła - nie mam żadnych ram. Od północy na zachód, od południa na wschód krążę i rozglądam się. Na razie to mi sprawia radość, choć wiąże się z takim trybem życia jakaś niepewność. Sam siebie pytam czasem, ile jeszcze będę się nad sobą zastanawiał. Być może wspólny projekt z Siemachą jest pierwszym krokiem do tego, żeby się określić. Zawiesiłem karierę piłkarską, po to, żeby przetestować tę drugą stronę życia. Wielu piłkarzy kończy karierę i nie ma drogi powrotu, ja jeszcze tę drogę powrotu mam. Co drugi dzień trenujemy, gramy, trzymam formę. Karierę piłkarską zawiesiłem, a nie zakończyłem.

- Rozumiem, że trzyma Pan taką formę, która gwarantowałaby przynajmniej grę w polskiej ekstraklasie?

- Tak. Tylko się zastanawiam, czy takie są moje ambicje? Czy gra w polskiej ekstraklasie by mi wystarczyła, czy pozwoliłaby się mi się dalej rozwijać. Jeśli ktoś ukończył dobry projekt, to następny powinien być lepszy.

- A jaki projekt świata mógłby być lepszy niż Real Madryt?

- Jak kończyłem projekt Real Madryt, to zdawałem sobie sprawę, że może już nie być lepszego. Ale pamiętam, że jak kończyłem z Liverpoolem, to też mówiłem, że na pewno nie będę już miał możliwości gry w lepszym klubie, z lepszymi zawodnikami. Kiedy później przechodziłem do Realu Madryt, to trochę wstydziłem się tych słów... Ale jak graliśmy w Lidze Mistrzów i Liverpool ograł Real 4-0, to się lekko uspokoiłem...

- A nie chciał Pan zostać prezesem PZPN? Nadarzała się okazja, bo akurat mamy rok wyborczy..

- Chciałem, ale...

- Nie uzbierał Pan 15 głosów poparcia?

- Nie, nie. Myślę, że o ten jeden głos więcej od prezesa Laty mógłbym dostać... (śmiech). Ale okazuje się, że bardzo ważne jest w tych wyborach kryterium wieku. Jestem za młody na działacza PZPN...

- Czy któryś z pięciu kandydatów zwrócił się do Pana z prośbą o oficjalne poparcie, które pomogłoby mu w walce o fotel prezesa?

- Były plany, żeby wesprzeć jednego z kandydatów, ale wydaje mi się, że byłoby to bardzo nierozsądne z mojej strony. Dlatego postanowiłem nikogo nie popierać, chociaż mam swojego kandydata. Chciałbym, żeby prezes został wyłoniony z dwójki: Zbigniew Boniek - Roman Kosecki. Tylko jednego z nich jednak nie mogę wesprzeć ze względu na dobrą znajomość z oboma. Obawiam się jednak, że ośrodki regionalne są tak mocne, że żaden z nich nie zostanie prezesem.

- A były piłkarz może być dobrym prezesem-menedżerem? 

- Trzeba się cofnąć w czasie i zobaczyć, że był już prezes przyniesiony w teczce, potem prezes - działacz okręgowy, potem sędzia. Gdy wybuchła afera korupcyjna, to wszyscy mówili, że teraz prezesem powinien być piłkarz i był, widzieliśmy z jakim skutkiem. Nie ma na to złotej rady.  To musi być osoba, która się dogada ze wszystkimi. Teraz zapewne mogą być obawy, że jak przyjdzie Zbyszek Boniek to da wypowiedzenia wszystkim, a Romek Kosecki ze względu na swoje upolitycznienie ma szanse, ale z tego samego powodu w wielu regionach nie będzie wiarygodny. Musi przyjść ktoś, kto wskaże drogę działającym teraz w wielu związkach starszym panom. Byłem na wielu spotkaniach w federacjach i widziałem, że w wielu związkach pracują te same osoby. Są to starsi panowie, pracujący społecznie w futbolu od 30 lat i na to nie ma rady, ale w innych państwach oni wspierają się młodymi, kreującymi wizerunek, idącymi z duchem czasu. To jest też jedyna droga dla PZPN, połączyć doświadczenie z inwencją młodych.

- Potencjału takich osób jak Pan, sportowców, którzy odnieśli sukces światowego formatu, nie potrafimy jakoś w Polsce wykorzystać. Pan widziałby siebie jako wsparcie dla PZPN, bez względu na to, kto zostanie prezesem?

- Dostałem propozycję bycia dyrektorem sportowym reprezentacji, ale okazało się, że moja wizja pracy na tym stanowisku nie została zaakceptowana...

- A nie chodziło o różnicę w walucie, w której będzie się Panu płacić? Czytałam, że sprawa Pana pracy dla polskiej piłki utknęła między złotówką a euro.

- W ogóle nie chodziło o żadną walutę... Zaproponowałem trenerowi kadry Waldemarowi Fornalikowi model współpracy, on miał go przedstawić na szerszym forum działaczom PZPN. Po jakimś czasie okazało się, że filozofia przeze mnie zaprezentowana wychodzi ponad kompetencje, które przewidzieli dla dyrektora działacze PZPN. Nie doszło więc do dalszych rozmów, także na temat wynagrodzenia.

- Proszę sobie wyobrazić, że po wyborach w PZPN, sytuacja się zmienia - Pana koncepcja wraca, ale na przykład z prezesem Antkowiakiem albo Kręciną. Dla dobra polskiej piłki będzie Pan współpracował z każdym prezesem i firmował jego rządy? 

- Mógłbym siedzieć w Madrycie i trenować bramkarzy albo pracować tam jako ambasador klubu. Gdy dostałem propozycję przedłużenia umowy z Realem, to odpowiedziałem, że jestem zdecydowany na powrót do Polski. A zdecydowaliśmy się z rodziną na powrót także dlatego, że mam dużo więcej do zaoferowania Polsce niż Realowi Madryt. Tam takich ludzi jak ja jest wielu, tutaj nie jest wielu. Doświadczenia, które zdobyłem w Rotterdamie, Liverpoolu czy Madrycie, mogę wykorzystać w wielu miejscach. Z PZPN czy bez, to już inna kwestia. Na pewno dam sobie radę i będę przy piłce, bo to kocham, nie wyobrażam sobie życia poza nią, no chyba, że na polu golfowym.

- No właśnie, teraz robi Pan więcej dla golfa niż dla futbolu. Paradoks...

-  Jestem otwarty na wszelkie projekty. Od czterech lat gram w golfa i staram się zmieniać jego wizerunek. I to chyba się udaje.


- Rozumiem, że chociaż nowej drogi dla siebie jeszcze Pan nie wybrał, to miejsce już tak, skoro w Krakowie wybudował Pan dom...

- To nie była łatwa decyzja dla Hanysa, mam trochę inny charakter. Ale od momentu gdy poznałem się z Tomkiem Rząsą i przyjeżdżaliśmy tu na weekendy, czy krótkie wypady w czasie wakacji, postanowiliśmy, że to Kraków musi być naszym miastem. Tu jest świetna atmosfera, ludzie są fajni. Mówią, że centusie, ale czasem kawę i deser w kawiarni dostanę gratis. Moje dwie córki chodzą do przedszkola i gdy wychodzą na zewnątrz mówią już, że idą na pole, a nie na dwór. Nie mogę tego zrozumieć, ale ostatnio jedna pani krakuska wyjaśniła mi stojącą za tym rozróżnieniem filozofię i dałem się przekonać, że po części też powinienem mówić "na pole". Na razie jeszcze po śląsku wychodzę na dwór, ale kto wie jak będzie w przyszłości...

Rozmawiała: (MAS)


2.jpg
3.jpg


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty