Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Główna środek > Ekstraklasa
RYSZARD NIEMIEC zastanawia się dlaczego Jan Nowicki odcina się od swoich niegdysiejszych krakowskich wyborów2020-05-09 11:30:00 Ryszard Niemiec

LEKCJA GIMNASTYKI (550)

Gdy w kieszeni otwiera się „Scyzoryk”…


Wpadły mi w ręce dwa obszerne wywiady Jana Nowickiego, udzielone stołecznym dziennikarzom sportowym… Obok wielu bardzo ciekawych, oryginalnych myśli o życiu, świecie, kulturze i sztuce, artysta zaskoczył niespodziewanym zaprzaństwem wobec własnych emocji i kibicowskich preferencji klubowych.


Ku nie tylko mojemu zdumieniu, odcina się od swoich niegdysiejszych wyborów, czyniących go dozgonnym wyznawcą etosu piłkarskiej drużyny Wisły. Za takim przekonaniem stoją dekady obecności na VIP-owskich fotelach stadionu przy Reymonta, żywe konfidencje towarzyskie z pokoleniami zawodników, a przede wszystkim niezliczone wypowiedzi medialne. Przebijały z nich wyrazy satysfakcji w przypadkach zwycięstw, zdobywanych punktów i mistrzowskich tytułów, pobrzmiewały słowa rozczarowania po spartaczonych meczach, niewykorzystanych okazjach, straconych punktach. Obecność popularnego aktora w lożach wiślackiego stadionu podnosiła poziom atrakcji meczowych, a także dodawała widzom prestiżu towarzyskiego. Na własne oczy widziałem wyścigi o jego autograf, toczone przez leciwe matrony, zagubione w obcych dla siebie realiach, z nastoletnimi dzierlatkami, zakochanymi na zabój w przystojnych piłkarzach.


Nowicki, drugi aktor ze słynnego Starego Teatru - Leszek Piskorz, krakowski bard z „Grupy Pod Budą” - Andrzej Sikorowski, kompozytor muzyki filmowej światowej sławy - Zbigniew Preisner tworzyli elitarny krąg na trybunie, stanowiący realną konkurencję dla wydarzeń boiskowych. Kiedy dołączał do nich artysta kabaretowy Marcin Daniec, rodził się samorodny, alternatywny spektakl, powodujący u sąsiadujących widzów instynktowną chęć odwracania wzroku w odwrotną stronę. Z opowieści działaczy klubowych Wisły wiem, że układając listę gości honorowych, upoważnionych do bezbiletowego zajmowania miejsc w loży, z dostępem do właściciela Bogdana Cupiała i bufetu z napitkiem, obowiązkowo zaczynano od Jana Nowickiego.


Dziś protagonista niniejszego utworu felietonowego powiada, że nie wyznawał specjalnej admiracji wobec Wisły i z jednakowymi emocjami odwiedzał stadiony z obu strony Błoń! Boże, Ty słuchasz tego i nie grzmisz! Bywanie na stadionie Cracovii wymagało, niestety, nieco innych predyspozycji psychicznych i moralnych, zwłaszcza w czasach kiedy garbata dola pasiaków ujawniała się z całą mocą. Wtedy należało wyrobić w sobie poczucie kibicowskiej pokory, pogodzenia się z losem i chodzenia po Krakowie z czołem nisko pochylonym. Każdemu, kto poświadczy obecność Nowickiego na meczach domowych przy Kałuży, na przykład z Izolatorem Boguchwała, Nidą Pińczów, Kamaxem  Kańczuga, Czuwajem Przemyśl, Janiną Libiąż, czy na derbowych bojach z Prokocimiem, Kablem, Clepardią, a także z LKS Niedźwiedź, temu funduję konia z rzędem, czystej krwi arabskiej!


Nie jest jasne, dlaczego filmowy „Wielki Szu” kantuje opinię publiczną, obsadzając się w roli sterylnie obiektywnego sympatyka całej krakowskiej piłki, któremu jednakowo blisko do Wisły, Garbarni, Hutnika i - dajmy na to - Zwierzynieckiego. Czyżby teraz, z pozycji mieszkańca miasta Kielce, zaaplikował sobie kwarantannę, która pozwoli mu dokonać przewartościowania durnej i chmurnej młodości i łagodnie przyjąć główną rolę pierwszego spektatora i kibica kieleckiej Korony?! Strach myśleć jednak o kosztach reinkarnacji zdeklarowanego admiratora Białej Gwiazdy w postać „Scyzoryka”, kibicującego do utraty tchu użytkownikom „Suzuki Areny” przy ulicy Ściegiennego…


Ryszard Niemiec


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty