Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Aktualności
Konkwistadorzy, ożywieńcy i belgijska kroplówka – wielka przygoda przed Kolejorzem2020-10-22 09:49:00

Po latach upokorzeń i wstydu, polscy kibice znowu mogą cieszyć się występami naszego klubu w fazie grupowej europejskich pucharów. Lech Poznań, eliminując Charleroi, Apollon Limassol i Hammarby, w znakomitym stylu zdał egzamin dojrzałości. Teraz trafia jednak na piłkarski uniwersytet, gdzie profesorowie są doświadczeni i wymagający, a sesja poprawkowa nie jest przewidziana. Zakończy przygodę z prestiżową uczelnią po pierwszym semestrze czy też rozgości się na dłużej w elitarnych ławach?


Po losowaniu fazy grupowej Ligi Europy głosy wśród ekspertów były podzielone. Część żałowała, że Kolejorz nie będzie się mierzył z żadną wielką firmą, inni twierdzili, że Lech miał sporo szczęścia i może pokusić się o awans do fazy pucharowej, a kolejni podkreślali, że chociaż w grupie Lecha nie ma zespołów z najsilniejszych lig, zespół Dariusza Żurawia czekają niezwykle trudne mecze. Jaka jest prawda? Drużyna z Poznania na pewno będzie potrzebowała nie tylko wzniesienia się na wyżyny własnych możliwości, ale również sporo szczęścia, żeby na wiosnę wciąż występować w europejskich pucharach. Z całą pewnością polskich kibiców czekają jednak ekscytujące starcia z ciekawymi zespołami, od których można się wiele nauczyć. 


Benfica chce podbić Europę


Drużyna z Lizbony bez cienia wątpliwości jest na papierze najsilniejszym zespołem w grupie Lecha. Po czterech kolejkach prowadzi w portugalskiej ekstraklasie z kompletem zwycięstw i pięciopunktową przewagą nad grupą pościgową. Jedynym zgrzytem w tym udanym początku sezonu było odpadnięcie z PAOK Saloniki w eliminacjach Ligi Mistrzów. Fani Benfiki byli przekonani, że podobnie jak w każdym z poprzednich dziesięciu sezonów, ich ukochany zespół zagra w fazie grupowej najbardziej prestiżowych rozgrywek klubowych. Tymczasem muszą zadowolić się nagrodą pocieszenia i rywalizacją w LE. Gdyby nie pandemia koronawirusa, pewnie by do tego nie doszło – drużyna Jorge Jesusa do jedynego, decydującego o awansie meczu w Grecji przystąpiła bez żadnego meczu o stawkę, prosto po okresie przygotowawczym. – Futbol taki jest. W pierwszej połowie mogliśmy łatwo rozstrzygnąć losy spotkania. PAOK miał za sobą cztery czy pięć meczów o stawkę, my ani jednego – podkreślał Luis Filipe Vieira, biznesmen z branży nieruchomości, który od 2003 roku rządzi Benfiką. Jego obecna, piąta już kadencja dobiega końca, a na 30 października zaplanowane są wybory prezesa klubu. Vieira przekonuje socios, że wystarczy odrobina cierpliwości, żeby przeżyli piękne chwile. – Moim celem jest zdobycie europejskiego trofeum. To jedyna obietnica, którą złożyłem mojemu tacie i wciąż jeszcze jej nie dotrzymałem. Musi mi się to udać. Jeżeli kibice poczekają cztery lata i żaden kluczowy piłkarz nie odejdzie, jestem przekonany, że będziemy w stanie skutecznie rywalizować aż do finału Ligi Mistrzów – mówił prezes lizbońskiego klubu. Nie stawia jednak tak konkretnych celów piłkarzom na ten sezon, domagając się jedynie wychodzenia na murawę po zwycięstwo w każdym meczu. – A matematyką zajmiemy się na końcu – dodał Vieira.


Królowa nauk jednak sprzyja Portugalczykom. Wartość ich kadry według portalu transfermarkt.de to aż 309 milionów euro. Dla porównania piłkarze Lecha są wyceniani na 26,3 miliona – ponad dziesięć razy mniej. Oczywiście tego typu kalkulacje należy traktować z przymrużeniem oka, ale bez wątpienia mecze Kolejorza z Benfiką zasługują na miano starcia Dawida z Goliatem. Sam duet stoperów Vertonghen-Otamendi ma na koncie ponad 150 spotkań w europejskich pucharach. Nic dziwnego, że to zespół z Lizbony jest absolutnym faworytem grupy D. Legalny bukmacher, firma Totolotek, zapłaci 1,75 złotego (minus podatek) za złotówkę postawioną na to, że to Benfica zajmie pierwsze miejsce. Kurs na wygraną Lecha to 12, najwyższy z wszystkich zespołów. Wedle bukmachera drugie miejsce powinni zająć Glasgow Rangers (kurs 3.3), a o awans powalczą przede wszystkim ze Standardem Liege (kurs 5 za ich wygraną w grupie).


Cudowne zmartwychwstanie


Jeszcze osiem lat temu było bardzo wątpliwe, czy założony w 1872 roku klub Glasgow Rangers dożyje swoich 150. urodzin. W 2012 roku spółka zbankrutowała, a klub musiał odbudowywać się na czwartym poziomie ligowym. 54-krotni mistrzowie Szkocji występowali przed kilkusetosobową publicznością na wiejskich stadionikach. Przeszli jednak jak burza przez niższe ligi, wracając błyskawicznie do elity. Wciąż jednak nie udało im się w pełni powrócić do dawnej świetności. Przed bankructwem regularnie walczyli z największym rywalem – Celtikiem – o krajowy czempionat, ale od 2011 roku to The Bhoys co roku sięgają po mistrzostwo Szkocji. 4 maja 2018 roku misja przełamania tej dominacji została powierzona jednemu z najlepszych angielskich piłkarzy ostatnich lat, Stevenowi Gerrardowi. Była gwiazda Liverpoolu dobrze radzi sobie w europejskich pucharach – w zeszłym sezonie Rangersi, wychodząc z grupy Ligi Europy, po raz pierwszy od 2011 roku zapewnili sobie pucharowe emocje na wiosnę. Według klubowej legendy, Davida Weira, te dobre występy na międzynarodowej arenie kupiły Gerrardowi czas, wynagradzając zarządowi dotychczasowy brak tytułu. – Tak, może i brakuje mu sukcesów na krajowej arenie, ale postęp w Europie to efekt dwóch lat ciężkiej pracy na treningach. Nie mam wątpliwości, że piłkarze są dobrze prowadzeni. Rozgrywki pucharowe lepiej im pasują, bo tutaj więcej zespołów gra agresywnie i ekspansywnie. To sprawia, że Rangersi nie muszą cały czas dyktować tempa. System gry, którego nauczyli się w Europie, pozwolił im być lepszym zespołem od Celtiku w kilku ostatnich starciach derbowych. Nie zawsze wygrywali, ale prezentowali się bardziej korzystnie – analizował w rozmowie z „Daily Record” były asystent trenera Marka Warburtona, który wyprowadził Rangersów z niższych lig. 


Faktycznie, początek sezonu daje kibicom The Gers wiele powodów do optymizmu – podobnie jak Benfica do fazy grupowej Ligi Europy przystępują jako lider krajowych rozgrywek, opromieniony niedawnym wyjazdowym zwycięstwem z Celtikiem 2:0. Tak dobra postawa w szkockiej Premiership może paradoksalnie być nadzieją dla Lecha Poznań i pozostałych grupowych rywali Rangersów – skoro klub po raz pierwszy od dawna ma realne szanse na odzyskanie upragnionego krajowego tytułu, niewykluczone że Gerrard będzie mniej skupiony na europejskich pucharach, których z tym – przeciętnym na tle czołowych zespołów – składem i tak przecież nie wygra. Gdyby w składzie na mecze z Kolejorzem zabrakło najlepszego snajpera Alfredo Morelosa czy będącego w wybitnej formie na początku rozgrywek prawego obrońcy i kapitana Jamesa Taverniera, zespół Żurawia miałby znacznie większe szanse na korzystny rezultat.


Kroplówka od dawnych gwiazd


Niewiele brakowało, żeby Standard Liege, zamiast mierzyć się z Rangersami w Lidze Europy, poszedł w ich ślady i musiał odbijać się od dna. W kwietniu belgijska federacja odebrała im licencję w związku z poważnymi problemami finansowymi i nad klubem zawisło poważne widmo spadku do czwartej ligi. Na ratunek przyszli słynni wychowankowie: Marouanne Fellaini i Axel Witsel. Pierwszy udzielił zarządowi pożyczki w wysokości 3 milionów euro, a drugi zainwestował w spółkę, która odkupiła od klubu stadion i obecnie wynajmuje go piłkarzom. Te środki były życiodajną kroplówką dla pustego konta Standardu, która pozwoliła odzyskać licencję w sądzie arbitrażowym. Nie zmienia to jednak faktu, że obecny sezon nie zapowiada się jako triumfalny marsz po puchary. W ligowej tabeli zespół z Liege zajmuje obecnie czwarte miejsce, za plecami FC Brugge, Beerschot oraz Charleroi, z którym Lech niedawno sobie poradził. Gdybyśmy mieli wskazać ten zespół, z którym Kolejorz powinien zdobyć najwięcej punktów, bez wahania wybralibyśmy właśnie Belgów. Wciąż jednak pokonanie ich będzie wymagało świetnej gry i porcji szczęścia. 


Szczególną uwagę należy zwrócić na zaledwie 21-letniego kapitana, dowodzącego defensywą Zinho Vanheusdena. To prawdziwy lider zespołu i jednocześnie polisa ubezpieczeniowa na wypadek dalszych kłopotów finansowych – wielki talent, porównywany przez ekspertów do Vincenta Kompany’ego, może zostać w każdym oknie transferowym wymieniony na pokaźną sumkę. To nowoczesny, ofensywnie grający stoper, który fenomenalnie gra piłką, a niekiedy potrafi nawet swoim rajdem wywalczyć rzut karny. Treningi w Standardzie rozpoczął w wieku 9 lat, jest silnie związany emocjonalnie z klubem. W wieku szesnastu lat trafił do młodzieżowego zespołu Interu Mediolan, ale po trzech latach powrócił na stare śmieci. Teraz Nerazzurri plują sobie w brodę, że oddali utalentowanego gracza za niecałe 12 milionów euro. Obecnie jest wart dużo więcej, a klub z Lombardii znów chciałby mieć Vanheusdena u siebie. – Było wiele rozmów, chcieli sprowadzić mnie z powrotem. Dla mnie jednak w tej chwili najważniejsza jest regularna gra. Chcę zostać w Belgii, mam tu jeszcze wiele do zrobienia – podkreśla utalentowany zawodnik. Dla niego mecze w Lidze Europy będą cennym oknem wystawowym.


Kibiców Lecha czekają ekscytujące i zapewne niełatwe tygodnie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że w rywalizacji z Benfiką Kolejorza czeka „mission impossible”, ale Rangersi i Standard to zespoły, z którymi przy dobrych wiatrach można nawiązać walkę. Zespół Dariusza Żurawia nie ma nic do stracenia, a wszystko do zyskania. Udane występy, dzięki wywalczonym punktom rankingowym, mogą pomóc całej polskiej piłce klubowej w odbiciu się z dna i powrocie przynajmniej do europejskiej drugiej ligi.

 

Informacja prasowa

Marcin Bratkowski, Arskom


benfica  fot. vitalii vitleo, shutterstock.com.jpg


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty