Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Aktualności
Adam Sokołowski z Kluczborka zdobył już 23 razy mistrzostwo Polski! Król polskich kibiców2020-08-09 09:28:00 RK

Jest chodzącą encyklopedią sportu, ale jego nazwiska nie ma w encyklopedii. To paradoks, a może bardziej niedopatrzenie autorów, gdyż choćby bodaj w Wikipedii Adam Sokołowski znaleźć się bezdyskusyjnie powinien. Jego 23 tytuły mistrza Polski kibiców to fenomenalne osiągnięcie, w XXI wieku jest niepokonany od 20 lat!!! Nie ma w kraju nikogo kto o sporcie wiedziałby więcej niż notariusz z Kluczborka.


sokolowski

Król kibiców Adam Sokołowski z dwoma pucharami spinającymi klamrą jego 23 tytuły mistrza Polski. Puchar z prawej - za zwycięstwo w 1976, a ten z lewej - w 2020 roku.


Konkursy „Na Olimpijskim Szlaku” wygrywał począwszy od 1988 aż do 2016 roku ośmiokrotnie, triumfował w teleturniejach mundialowych, Mistrzostwach Mistrzów, nie było na niego mocnych w konkursach z okazji 100-lecia polskiego sportu i polskiego futbolu. Tam, gdzie startuje, rywalizacja toczy się w zasadzie o drugie miejsce. Na pierwsze ma stałą i niezagrożoną rezerwację…


W nagrodę za dwa zwycięstwa „Na Olimpijskim Szlaku” pojechał na igrzyska do Barcelony i do Atlanty. W igrzyskach zakochał się do tego stopnia, że – już na własny koszt – wybrał się do Sydney, Pekinu, Vancouver, Londynu, Soczi, Rio i Pjongczangu. Poznał dzięki temu wielkich sportowców, polskich i zagranicznych, dowodem setki wspólnych fotografii. - Do Tokio, na swoją dziesiątą olimpiadę, też oczywiście miałem jechać, ale pandemia koronawirusa odłożyła te plany o rok… - mówi.


Sport w jego życiu pełni bardzo ważną rolę, ale ważniejsza jest praca i rodzina. Po ukończeniu prawa na Uniwersytecie Wrocławskim w 1976 r. był aplikantem i asesorem sądowym, później sędzią, radcą prawnym, a od 19 lat ma kancelarię notarialną, jest cenionym, wziętym, uczynnym i lubianym rejentem. Był też przez trzy kadencje radnym miejskim, zastępcą burmistrza (1998-2001). W 2003 roku współzakładał MKS Kluczbork, z połączenia KKS-u i macierzystego LZS-u Kuniów. Początkowo pełnił funkcję wiceprezesa, dziś jest jednym ze sponsorów. MKS – z takimi zawodnikami jaki Sobota, Wilusz, Tuszyński czy Deja – zaliczył cztery sezony w I lidze.


sokolowski

Adam Sokołowski w swojej kancelarii notarialnej


W gabinecie jego kancelarii obok prawie 200 (!!!) pucharów za wygrane konkursy stoją też statuetki przyznane za zasługi dla miasta i za promocję: Zasłużony dla Opolszczyzny (1996), Medal 750-lecia Kluczborka (2003), Zasłużony dla Kluczborka (2008), Kluczborska Baszta (2007 i 2014), Plastry Miodu… Nowa Trybuna Opolska uznała go Człowiekiem 25-lecia Powiatu Kluczborskiego (2014), Człowiekiem Roku (2015) i Człowiekiem Roku Opolszczyzny w dziedzinie kultury (2018).


sokolowski

sokolowski

sokolowski

sokolowski

Na czterech ścianach gabinetu Adam Sokołowskiego znajduje się prawie 200 pucharów i wiele innych, cennych pamiątek


- Żona Teresa zaakceptowała moje sportowe hobby. Jest zadowolona, bo dzięki temu spędzam więcej czasu w domu. Córki Bożena i Małgorzata mieszkają w Winnipeg i Londynie, ale kontaktujemy się z nimi prawie codziennie przez Skype’a. Wnuki z Kanady – Julia i Krzyś - przyjeżdżają zawsze na wakacje, lecz w tym roku z powodu pandemii jest to niemożliwe... A Amelia jest jeszcze za mała, by do nas dojechać z Anglii – w największym skrócie kreśli portret rodzinny Adam Sokołowski.

ROZMOWA O KIBICOWANIU GŁOWĄ

- Adam, czym dla ciebie jest to kibicowanie? Masz rodzinę, masz odpowiedzialną pracę, pomagasz kluczborskiej kulturze fizycznej i od kilkudziesięciu lat znajdujesz jeszcze czas na sport. Czym ten sport jest dla ciebie?

- To jest wielka przyjemność. Wiadomo, że trzeba ciągle uczyć się, ciągle powtarzać, ale to mi sprawia przyjemność, satysfakcję. Dopóki są organizowane turnieje czy teleturnieje, to chcę w nich startować. Nieważne są nagrody. Kiedyś z Polskiego Komitetu Olimpijskiego były wyjazdy na igrzyska, teraz już takich nagród nie ma. Trudno. Ważna jest satysfakcja, świadomość, że robię to dla siebie. A czuję się w tym znakomicie. Każdą wolną chwilę przeznaczam na to moje hobby. Biorę zeszyt, powtarzam, po prostu lubię to robić.


- Zdradź odrobinę ze swego warsztatu…

- Od 1976 roku zapisuję w zeszytach najważniejsze informacje o sporcie. Mam tych zeszytów około 50. Jeśli w danym roku jest olimpiada czy mistrzostwa świata w piłce nożnej, to robię dodatkowe zeszyty. Przykładowo jeśli chodzi o Mistrzostwa Świata, to zapisuję wszystkie mecze, jest dużo z tym roboty, więc składy wycinam z gazet i wklejam do zeszytu. Wpisuję fakty i różne ciekawostki. 

Korzystam też z książek Andrzeja Gowarzewskiego, są doskonałe, mam wszystkie. To co on robi to tytaniczna praca. Te wszystkie albumy związane z reprezentacją to prawdziwa rewelacja. Dane statystyczne, ostatnio Puchar Polski. Albo 5 tomów o Mistrzostwach Świata, wszystko jest tam rozpracowane, mam wszystkie te tomy, coś fantastycznego. Książek o sporcie mam zresztą chyba z pół tysiąca. 


- Pokazywałeś mi tę swoją „bazę”, faktycznie bije z tego absolutny profesjonalizm, godny najwybitniejszych… mistrzów olimpijskich… Samo zapisywanie zeszytów i posiadanie książek to jednak nie wszystko…

- Oczywiście. Przed każdym konkursem powtarzam wszystkie fakty, zapiski, uczę się na pamięć. W tym roku, w związku z pandemią, miałem więcej czasu i powtórzyłem materiał chyba piętnaście razy. 


- Żona zaakceptowała to Twoje hobby?

- Tak, jak startowałem w teleturniejach „Na Olimpijskim Szlaku”, to nawet mnie przepytywała z materiału… Woli, żebym w domu siedział niż gdzieś się włóczył. Jest zadowolona, że jestem w domu, że robię te swoje notatki. Ale jak coś trzeba zrobić w domu to wszystko zrobię, zwłaszcza zakupy. Ludzie mnie znają, na przykład jak idę do piekarni i proszę o dwie bułeczki to ekspedientki szukają, żeby były najlepsze. Idę do sklepu po wędliny, tam też mnie znają, więc wybierają mi najlepsze kawałki. Aż mi głupio. Ale ja też ludziom pomagam, jeśli przychodzą o jakieś porady do kancelarii, to zawsze staram się pomóc. Kluczbork liczy około 28 tysięcy mieszkańców, więc ludzie się znają… A ja się czuję częścią tego miasta!


- Jak zdobywasz wiedzę o sporcie?

- O sporcie głównie czytam, oglądam mało telewizji. Jak są Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej to oczywiście oglądam. Olimpiady nie muszę, bo przecież na nie jeżdżę... Wolę prasowe wydanie sportu. Czytam „Sport”, „Przegląd Sportowy” i „Piłkę Nożną”, czyli to co się ukazuje. Kiedyś był „Boks”, „Lekkoatletyka”, „Tempo” było. „Tempo” kiedyś dawało mnóstwo ciekawych informacji statystycznych, mam to wszystko powycinane i powklejane. To było bardzo dobre. Lubię statystyki, różne sportowe dane.


- Jakie dyscypliny sportu lubisz?

- Oczywiście lekkoatletyka, królowa sportu. Uwielbiam gry zespołowe, choć nie wszystkie. Piłkę nożną chyba… najmniej. Siatkówka, koszykówka, tenis, to jest coś wspaniałego. Polska piłka nożna mniej mnie fascynuje, bo coraz mniej Polaków jest w naszych polskich drużynach. W gazetach naszych dominuje niestety piłka nożna, to chyba 80% zawartości. A ja szukam informacji też z innych dyscyplin sportowych. Tego brakuje. Często bywa tak, że jest informacja z jakiejś dyscypliny, a w następnym numerze nie ma dokończenia zawodów rangi nawet mistrzostw świata. W tamtym roku na przykład relacjonowano Mistrzostwa Świata w gimnastyce, napisano, że jakąś konkurencję wygrała Amerykanka Biles, ale następnych wyników już nie podano. I trzeba było szukać w przeróżnych źródłach.


- Jakie są Twoje najważniejsze sukcesy oprócz startów w mistrzostwach kibiców?

-  Trzy zwycięstwa w teleturnieju „Na Olimpijskim Szlaku” i wygrana w konkursie Telewizji Katowice „Od Turynu do Pekinu”. W tym ostatnim zdeklasowałem przeciwników. Jeden z nich się na mnie nawet pogniewał, bo były takie pytania, że jak ktoś nie wiedział to pytanie mógł przejąć ktoś inny. I ja przejmowałem i zdobywałem punkty. Po konkursie mój przeciwnik do mnie mówi, że jestem zachłanny, że wszystko chcę wygrywać. I że nie dam innym wygrać! Nie bardzo to rozumiałem, bo przecież nie mogę się specjalnie podkładać. Miałem satysfakcję ze zwycięstwa, bo odpowiadałem na najtrudniejsze pytania. 

Podobną sytuację miałem w 2007 roku, gdy Wrocław zorganizował konkurs „Wszystko o mistrzostwach Europy”. Wtedy po raz pierwszy się zakwalifikowaliśmy jako piłkarska reprezentacja. Pytania były bardzo trudne, a ja zdeklasowałem rywali. „Gazeta Wrocławska” napisała wtedy, że byłem fenomenalny, przyznano mi tytuł „Wrocławskiego kibica z klasą”. Jeden z kolegów był zły na drugiego, że mi powiedział o tym konkursie. A po co mu o tym powiedziałeś? Gdybyś mu nie powiedział, to ktoś z nas by wygrał…


- A który z tych 23 tytułów mistrza Polski sprawił Ci szczególną satysfakcję?

- Rysiu, nie ukrywam, że ten pierwszy, w 1976 roku, kiedy z Tobą wygrałem. On był najważniejszy. 


sokolowski

Adam Sokołowski: - Najcenniejszy dla mnie jest ten pierwszy puchar za mistrzostwo w 1976 roku


- „Sztandar Młodych”, ówczesny organizator mistrzostw, pisał wtedy, że triumfator pochodzi z Bąkowa…

- Pochodzę z Kuniowa, ale wówczas – po ślubie – mieszkałem faktycznie w Bąkowie. Dopiero później przeprowadziliśmy się do Kluczborka.


- Inne pamiętne wspomnienia związane z mistrzostwami Polski?

- Druga duża satysfakcja to 1986 rok w Międzyrzeczu, ty to tam organizowałeś jako „Tempo”. Jeden z dziennikarzy napisał wtedy, że zrobiłem w tamtym roku Wielkiego szlema. W lutym wygrałem mistrzostwa województwa gorzowskiego, potem wygrałem w Chrzanowie konkurs „Od Urugwaju do Meksyku”, następnie w Katowicach „Wszystko o mundialach” i za tydzień wygrałem w Międzyrzeczu mistrzostwo Polski. Nikt nie uczestniczył w tych wszystkich imprezach, tylko ja jeden. W niedzielę, kiedy były Mistrzostwa Polski, moja córka Bożenka szła do komunii. Byliśmy wtedy u teściów w Kuniowie, i mówię – córeczko, nie będę na komunii, ale jak coś wygram to ty to dostaniesz. Wygrałem wtedy 10 000 zł, przekazałem wszystko córce. Wtedy 10 000 zł to było dużo pieniędzy.


- Masz plan związany z dalszą rywalizacją w mistrzostwach kibiców? Ile jeszcze tytułów chcesz zdobyć?

- Ja mam zasadę, że dopóki mnie to cieszy to startuję. Jestem wszechstronnym kibicem, muszę się orientować we wszystkich dyscyplinach sportu, choć przyznam, że nie do wszystkich pałam jakąś wielką miłością. Trudno mi na przykład zapamiętywać wyniki w strzelectwie, pojawiają się poza tym coraz to nowe dyscypliny sportu. Pojawia się też coraz więcej imprez. Kiedyś były tylko Mistrzostwa Świata czy Europy, teraz są Puchary Świata, Grand Prix, mnóstwo, naprawdę mnóstwo imprez i to wszystko trzeba wiedzieć i pamiętać.

Lubię wygrywać i jakoś daję radę. Oby tylko cokolwiek dalej organizowano. Bo jak Stasiu Sienkiewicz, prezes Stowarzyszenia Superkibic, zakończy organizować mistrzostwa, które od 20 lat przeprowadza w Dzierżoniowie, to już chyba nikt się tego nie podejmie… Może wystartowałbym w innych teleturniejach, czasami oglądam „Jeden z dziesięciu” i myślę, że miałbym szanse. Mam wiedzę ogólną, z historii, geografii, ale musiałbym z pół roku posiedzieć, żeby się dobrze przygotować. Nie wiem, czy znalazłbym na to czas…


- Masz 68 lat, ale pamięć studenta, co pozwala Ci nieustająco wygrywać z młodszymi od siebie…

- Pamięć chyba wyćwiczyłem wkuwaniem na studiach prawniczych. Ciągle ją zresztą ćwiczę. Powtórzę: lubię wygrywać i dopóki będą organizowane konkursy sportowe, to będę w nich uczestniczył…

JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?

- Jak i kiedy pokochałem sport? Tak do końca to nie wiem – mówi Adam Sokołowski. – W Kuniowie, gdzie się wychowywałem, wspólnie z kolegami wszystkie wolne chwile przeznaczaliśmy na uprawianie sportu. Uganialiśmy się za piłką, próbowaliśmy swoich sił w lekkoatletyce, koszykówce, siatkówce, tenisie stołowym, hokeju na lodzie, a nawet w… boksie. Zimą, razem z bratem Jankiem, Wojtkiem Fudali i Kazikiem Sypko, organizowaliśmy konkursy wiedzy o sporcie, które ograniczały się do bieżących wyników publikowanych w codziennej prasie. Nasza wiedza o sporcie była wtedy wyjątkowo skromna. Nie wiem, czy z naszego grona byłem najlepszy, w każdym  razie to zafascynowanie sportem sprawiło, że postanowiłem wystartować w prawdziwych konkursach sportowych. Już pierwszy start w mistrzostwach Opolszczyzny w 1967 roku zakończył się niespodziewanie sukcesem. Mając niespełna 15 lat pokonałem 50 rywali. Sukces ten powtórzyłem dopiero po 3 latach, a w finale Mistrzostw Polski zająłem 9. miejsce.

Niewątpliwie moja prawdziwa kariera rozpoczęła się po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Wrocławskim, które pokazały mi na czym polega nauka. Miałem już wtedy zgromadzonych ponad 200 książek o tematyce sportowej. Spisywałem już też do zeszytów wyniki najważniejszych imprez sportowych z danego roku i gdy zbliżał się jakiś konkurs, uczyłem się po kilkanaście godzin dziennie. Wierzyłem, że ciężką pracą można dojść do czegoś znaczącego. O tym, że warto się uczyć i ambitnie dążyć do celu, przekonałem się niebawem, a w przyszłości jeszcze wielokrotnie…

PIERWSZE WAŻNE SUKCESY

Opowiada Adam Sokołowski:

- W 1976 roku po raz trzeci wystąpiłem w Mistrzostwach Polski Kibiców Sportowych. Żmudne, wielogodzinne przygotowania przyniosły efekty. Jako debiutant w sześcioosobowym finale telewizyjnym zająłem pierwsze miejsce wyprzedzając Ryszarda Kołtuna i Tadeusza Kanię. W 1977 roku wygrał z kolei Kania przed Kołtunem, ja byłem trzeci. W 1978 zwyciężył Kołtun przed Kanią, a ja ponownie byłem trzeci.

Niestety, kolejne mistrzostwa odbyły się dopiero w latach 80. W 1984 roku zająłem czwartą lokatę, a w 1985 i 1086 zdobyłem dwa kolejne tytuły mistrza Polski. W 1987 roku „Tempo” wycofało się z organizacji imprezy i w tym ostatnim w XX wieku konkursie zająłem trzecie miejsce.

W latach 80. zdobywałem też tytuły mistrza województwa wałbrzyskiego, gorzowskiego, legnickiego i Dolnego Śląska.

Szczególnie szczęśliwy okazał się dla mnie rok 1986, jeden z dziennikarzy porównał moje osiągnięcia do zdobycia Wielkiego Szlema w tenisie... Do wspomnianych już tytułów mistrza Polski i mistrza województwa gorzowskiego dorzuciłem zwycięstwo w Chrzanowie w ogólnopolskim konkursie mundialowym „Od Urugwaju do Meksyku” oraz zwycięstwo w teleturnieju rozgrywanym w katowickim Spodku – „Wszystko o mundialach”. „Wspominam” zwłaszcza ten ostatni konkurs, gdyż na zrealizowanie nagrody czekałem aż pięć lat, ale myślę, że było warto. Razem z reprezentacją Polski udałem się pod koniec kwietnia 1991 roku do Dublina na mecz eliminacji Mistrzostw Europy. Byłem członkiem 25-osobowej ekipy biało-czerwonych. Poznałem wtedy wszystkich zawodników, a także trenerów Strejlaua, Ćmikiewicza i Górskiego oraz szereg innych osób, w tym m.in. Jacka Charltona. Byłem zauroczony tym jak się podejmuje reprezentację kraju.

W 1993 roku wynagrodzono (a właściwie red. Andrzej Zydorowicz) mnie jeszcze dodatkowo za wygraną w tym teleturnieju. Razem z drużyną Ruchu Chorzów poleciałem na turniej halowy do Hamburga. Poznałem wielu znakomitych piłkarzy i działaczy.

NA OLIMPIJSKIM SZLAKU

- Startując w Mistrzostwach Polski Kibiców nie bardzo lubiłem pytania z tematyki olimpijskiej… – wspomina Adam Sokołowski.


sokolowski

W Atenach, na Stadionie Panatenajskim


- Moi rywale mieli w tej dziedzinie przewagę, bo startowali w organizowanym od 1969 roku przez Polski Komitet Olimpijski teleturnieju „Na Olimpijskim Szlaku”. To był turniej drużynowy, a mnie nigdy nie udało się skompletować mocnego, trzyosobowego zespołu, mogącego powalczyć z przedstawicielami innych województw.

Na moje szczęście, PKOl wprowadził od piątej edycji również współzawodnictwo indywidualne. Zwietrzyłem swoją wielką szansę. Przystąpiłem do gromadzenia materiałów i ostrej, intensywnej nauki. Efekty pracy zaskoczyły mnie i to bardzo. Po zwycięstwie na Opolszczyźnie zdecydowanie wygrałem makroregion w Bielsku-Białej z przewagą 12 punktów nad Zdzisławem Kaflem z Częstochowy. Drużynowo wprawdzie odpadliśmy, ale indywidualnie grałem dalej. W półfinale w Wałbrzychu nie dałem szans reprezentantowi gospodarzy, mojemu „odwiecznemu” rywalowi Witoldowi Kicie. W finale, przed kamerami telewizyjnymi w Warszawie, potwierdziłem supremację. Z dorobkiem 36 punktów wyprzedziłem Kitę i Jana Wołosika (Białystok), którzy zgromadzili po 30 punktów. W nagrodę, wspólnie ze zwycięską drużyną Wałbrzycha, pojechaliśmy w czerwcu 1988 roku na Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. Obejrzeliśmy w Monachium fascynujący finał Holandia – ZSRR, a w nim dwie fantastyczne bramki van Bastena i Gullita. Wrażeń co nie miara…

Kolejna edycja, 1991-1992, odbywała się w wersji indywidualnej dla dorosłych i drużynowej dla uczniów szkół. Po raz pierwszy i ostatni nieco zlekceważyłem rywali i w półfinale w Radomiu tylko przy dużym szczęściu pokonałem Zdzisława Kafla. Na finał w Białymstoku przygotowałem się już tak jak umiałem najlepiej. Po ciężkiej walce wyprzedziłem o 4 punkty Kitę i o 5 Wołosika. Nagrodą był 11-dniowy wyjazd na Igrzyska Olimpijskie w Barcelonie! Razem ze mną poleciało trzech uczniów z Radomia, zwycięzców w kategorii szkolnej.

Po raz pierwszy było mi dane oglądać na żywo olimpiadę. Wszystko było dla mnie wspaniałe, cudowne. Oglądaliśmy zmagania lekkoatletów, koszykarzy, piłkarzy. Byłem świadkiem meczu polskich piłkarzy z Australią (6-1), no i finału z Hiszpanią (2-3) na słynnym stadionie Camp Nou. Nie zabrakło czasu na zwiedzanie wspaniałych zabytków Barcelony. Pozostałe wolne chwile spędzaliśmy na wybrzeżu Costa Brava w miejscowości Blanes.

Gdy dowiedziałem się, że nagrodą główną w kolejnej edycji będzie wyjazd na Igrzyska Olimpijskie w Atlancie, postanowiłem zrobić wszystko, aby wygrać. Wiedziałem, że „zrobić wszystko” to przede wszystkim znacznie poszerzyć materiał i włożyć o wiele więcej nauki. Do finału, po czterech stopniach eliminacji, dotarłem bez problemu. Finał w Białymstoku jednak bardzo przeżywałem, bo wiedziałem, że przeciwnicy są również doskonale przygotowani. Byłem faworytem, ale to mnie jeszcze bardziej stresowało. Po części pisemnej i sprawnościowej byłem drugi ze stratą 3 punktów do Kafla. Finał ustny, transmitowany przez telewizję, był jednak moim popisem. Zdobyłem maksimum punktów i z dorobkiem 40 punktów wyprzedziłem o 4 Zdzisława Kafla. Długo nie mogłem uwierzyć, że wygrałem. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że niebawem w Atlancie przeżyję swoją najwspanialszą przygodę w życiu…

DZIEWIĘĆ RAZY NA IGRZYSKACH

BARCELONA 1992

- Najbardziej mi utkwił w pamięci finał w piłce nożnej, Polska grała z Hiszpanią, przegraliśmy 2-3 na stadionie Camp Nou. Emocje były niesamowite. Do przerwy prowadziliśmy 1-0, ale w przerwie na stadion wszedł król, gospodarze się zmobilizowali i wygrali mecz. Na ekranie wyświetlane było, że na stadionie znajduje się około 103 tysiące ludzi. Ale, jak się okazało, na moje miejsce były dwa, a nawet trzy bilety. Przyszła jakaś kobieta i pokazała bilet na to samo miejsce co ja. Z grzeczności usiadłem na schodach. Potem jeszcze jedna osoba zjawiła się z takim samym biletem. Przypuszczam, że na stadionie było grubo ponad 110 tysięcy. Z Barcelony mam niesamowite wrażenia. Mieszkałem wtedy na wybrzeżu, w hotelu w miejscowości Blanes. Bardzo fajna atmosfera. Niestety, nie oglądałem koszykarskiego Dream Teamu, bo nie miałem biletów. Byłem za to na innym meczu, Chorwacji z Brazylią. Pamiętam Kukocza, Petrovica…


ATLANTA 1996

- Bezwzględnie największe wspomnienia, to wyjazd życia. Brałem udział w defiladzie otwarcia! Mieszkałem w wiosce olimpijskiej! Mam mnóstwo zdjęć z najsłynniejszymi sportowcami świata. Miałem wstęp na wszystkie zawody, tak zwaną wejściówkę As z odciskiem dłoni. Byłem na lekkoatletyce, na finale 200 m, kiedy Johnson bił rekord świata - 19,32. Siedziałem blisko mety. Kibicowałem z bliska Korzeniowskemu, Partyce. Głównie na lekkoatletykę jeździłem, bo to królowa sportu. Naprawdę niesamowite przeżycia. Spisałem sobie nawet dzień po dniu ten cały mój pobyt.


SYDNEY 2000

- Tam pojechałem już z Wojtkiem Ziemniakiem z Racotu. Byliśmy w grupie około 30 osób, zakwaterowani przy polskim kościele Matki Boskiej Częstochowskiej, na przedmieściach Sydney. To był rodzaj bursy. Stamtąd jeździliśmy na zawody. 

Australia to całe mnóstwo niezapomnianych przygód. Miałem misia koalę na rękach, karmiłem małego kangurka... Zwiedziliśmy również Melbourne. To prawie 1000 km od Sydney. Po drodze ani hektara pola ornego, nic tylko trawy, łąki, lasy. To była dwudniowa wycieczka. W Melbourne byliśmy na tych słynnych kortach tenisowych. Przenocowaliśmy w tym mieście, a wracając byliśmy też w stolicy Australii, Canberze. To młode miasto, mające 80 lat. Wszystko jest nam nowe, ulice odrysowane jak od cyrkla. Zatrzymaliśmy się jeszcze gdzieś po drodze w jakimś małym mieście, spotkaliśmy się z Polonią. Nasza grupa zaśpiewała polski hymn i wtedy stało się coś niesamowitego. Kobieta, która siedziała na wózku nagle wstała. Jej córka mówiła, że od 3 lat nie wstawała z tego wózka. Nie chodziła, a tu na raz wstała... Córka była zszokowana. To było takie przeżycie pozasportowe. Ten pobyt był zaplanowany przez organizatorów, którzy wiedzieli, że w tej miejscowości jest Polonia, jechaliśmy autobusem i się tam zatrzymaliśmy. Drzewko nawet tam posadziliśmy. Australia jest piękna, to całkiem inny świat. Kto tam nie był, ten nie jest w stanie sobie tego wyobrazić. Przyroda, fauna, ptaki, papugi, kolory, coś fajnego. 

Sportowo w Sydney to przede wszystkim lekkoatletyka: Skolimowska, Ziółkowski, Korzeniowski. Pamiętam, że do Sydney lecieliśmy czarterem przez Bangkok, leciałem z Kołeckim. Bardzo chciałem być na zawodach ciężarowych, w których startował, ale nie miałem biletu. Udało mi się jednak wejść na zawody, oszukałem jakoś kontrolera, przykryłem ręką datę biletu, który był na inny termin. Wpuścił mnie. Pamiętam, że wtedy zadzwonili do mnie koledzy, którzy akurat byli w Niemczech na jakimś weselu i oglądali w telewizji Sydney. Patrzą, a tam flaga Kluczborka, którą ja zawiesiłem na trybunach. I tak po raz pierwszy rozsławiłem Kluczbork na Olimpiadzie...

Sydney, tak na marginesie, było najdroższe z wszystkich moich prywatnych wyjazdów, ale nie pamiętam dziś ile to dokładnie kosztowało.


sokolowski

Sydney: Z Pawłem Kukizem


PEKIN 2008

- Byliśmy zakwaterowani w jakimś akademiku, dojeżdżaliśmy autobusem. Jedzenie chińskie było dla nas, nie ukrywam, ciężkie. Powoli jednak przyzwyczailiśmy się. Byliśmy na Murze Chińskim, piękne wrażenia, niesamowite. W wiosce olimpijskiej niespodziankę zrobiła mi poczta chińska, dostałem komplet znaczków z moją podobizną. Dla mnie to było coś niesamowitego.

W Pekinie było wszystko bardzo tanio. Na przykład bilet na eliminacje lekkoatletyczne kosztował w przeliczeniu na nasze 5 zł. Tych biletów na pamiątkę zachowanych mam całą stertę. To w Chinach nauczyłem się handlować. Chciałem kupić krawat, dostawałem jakąś cenę, rezygnowałem, a za chwilę miałem za tę cenę 10 krawatów. Pod względem pamiątek to Pekin też był przygotowany doskonale.


sokolowski

Pekin: Mur Chiński


VANCOUVER 2010

- Byłem u… rodziny. Żona też pojechała. Zjechała zresztą cała moja rodzina, która jest w Kanadzie, córka, wnuki. Mieszkałem więc jakby u siebie, rano mnie podwozili do miejsca, z którego razem z grupą zakwaterowaną na przedmieściach Vancouver jechaliśmy na zawody sportowe. Do Whistler miałem około 120 km.


LONDYN 2012

- Największym dla mnie wydarzeniem były korty tenisowe na Wimbledonie. Wspaniały obiekt, coś niesamowitego, ta ilość kortów! Duże wrażenie na mnie to zrobiło. Niestety, fatalnie było z pamiątkami. Dosłownie zero… Nie było nawet widokówki olimpijskiej…


SOCZI 2014

- Organizacja przez Rosjan była wspaniała, w porównaniu do Vancouver to niebo i ziemia. Toalety takie, że takich w domu nie mamy, ręczniczki, prysznic, wszystko było na najwyższym poziomie. Dowożące uczestników pociągi dosłownie płynęły wzdłuż Morza Czarnego. Rosjanie przebili wszystkie inne zimowe olimpiady organizacyjnie pod każdym względem, nie ma o czym mówić. Jeździliśmy nawet nad morze opalać się, mimo że to był luty, to słoneczko pięknie świeciło. Soczi to przepiękne miasteczko. I tak tanio jak w Soczi to nie było nigdzie indziej, może tylko w Pekinie. W Rosji wszystko było tanie. Pamiątek to nawiozłem tyle, że wszystkich poobdzielałem naokoło.


RIO 2016

- Po raz pierwszy byłem w Ameryce Południowej. Coś niesamowitego. Te klimaty. I te różnice. Jadąc z Rio do Sao Paulo widać było szczególnie panującą tam biedę. Brazylia to w sumie bardzo biedny kraj, wystarczy pójść na obrzeża Rio. Dzielnice biedy, fawele, na ulicach płynęły ścieki. Strach było mieć cokolwiek przy sobie, jak miałeś plecak, to trzeba było go nosić z przodu, bo z tyłu to natychmiast kradli. Na plaży Copacabana kręciło się mnóstwo złodziei. Trzeba było być niesamowicie czujnym. Jeśli chodzi o zwiedzanie to największe wrażenie zrobiła oczywiście słynna statua Chrystusa Zbawiciela, zaprojektowana przez francuskiego rzeźbiarza polskiego pochodzenia Paula Landowskiego.

Sportowo to przede wszystkim Anita Włodarczyk, Piotr Małachowski. Byłem też na kolarstwie, kiedy Rafał Majka zdobywał brązowy medal. Pojechaliśmy na te zawody taksówką w góry, miałem ze sobą flagę Kluczborka, którą było widać w telewizji. Potem dzwonili do mnie znajomi z Kanady i pytali co ja tam robiłem. Począwszy od Sydney z rozpędu już tę flagę brałem. Takich flag brałem coraz więcej. W niektórych miastach nie wolno było wieszać, ale na piłce ręcznej się dało. Za bramką poszedłem i rozwiesiłem. Wokół całego boiska rozwiesiłem flagi. To satysfakcja dla mnie, bo to moje miasto rozsławiałem. Starałem się rozwieszać flagi tam, gdzie mogą je pokazać kamery telewizyjne.

Pod względem pamiątek w Rio było jak w Londynie. Nie było nawet widokówki olimpijskiej…


sokolowski

sokolowski

sokolowski

Rio: Z Pawłem Fajdkiem i Anitą Włodarczyk


PJONGCZANG 2018

- Wziąłem aż osiem flag biało-czerwonych z napisem KLUCZBORK, bo zawsze chcę, żeby nazwa mojego miasta zaistniała w świadomości telewidzów. Po powrocie na sesji Rady Miasta dostałem oficjalne podziękowanie za promocję Kluczborka, dostałem puchary od burmistrza i przewodniczącego Rady.


sokolowski

sokolowski Pjongczang: Z Justyną Kowalczyk i Kamilem Stochem


Wycieczka do Korei była kolejną z Klubem Olimpijczyka „Jantar” z Racota, od lat kierowanym przez Wojciecha Ziemniaka, posła czterech kadencji, obecnie senatora. Poznaliśmy się dawno temu i staram się razem z nimi jeździć na olimpiady.

FOTOGRAFIE Z MISTRZAMI

- Z tych wyjazdów olimpijskich mam zdjęcia z ponad 70 złotymi medalistami olimpijskimi – mówi Adam Sokołowski.

- Na przykład z Polaków są ci najsłynniejsi: Irena Szewińska, Robert Korzeniowski, Kamil Stoch, Justyna Kowalczyk. Poza tym Paweł Nastula, zapaśnicy Ryszard Wolny, Andrzej Wroński, Włodzimierz Zawadzki. Z zagranicznych między innymi Gail Devers, Alberto Juantorena, Javier Sotomayor, Linford Christie, Merlene Ottey, koszykarze John Stockton i Charles Barkley, słynny zapaśnik Aleksandr Karelin, „Niedźwiedź” z Nowosybirska, pływak węgierski Tamas Darnyi. Zagraniczni sportowcy nigdy nie odmawiali robienia wspólnego zdjęcia. Czy jakiś szczególnie sympatyczny kontakt z którymś ze sportowców mam? Z Rysiem Wolnym, który nawet na moje zaproszenie do Kluczborka przyjechał, na spotkanie w ogólniaku. Dobry kontakt mam też z Anitą Włodarczyk. Bardzo miła kobieta. Justyna Kowalczyk w Pjongczangu zachowała się super. Ja do niej mówię: - Pani Justyno, ja liczę na Panią na te 30 km w szczególności. Ona: - Panie Adamie, niech pan nie żartuje... To była faktycznie końcówka jej kariery, ale to wyjątkowa sportsmenka, uśmiechnięta, życzliwa. A to co zrobiła w sporcie to niesamowite, tyle pracy, tyle wyrzeczeń, 5 medali olimpijskich. Jej trening to prawdziwa katorga, można ją tylko podziwiać. 

Dla mnie te wszystkie zdjęcia to pamiątki życia.


sokolowski

Z Alberto Juantoreną

STATYSTYCZNIE, CZYLI PRAWIE SAME PIERWSZE MIEJSCA

MISTRZOSTWA POLSKI KIBICÓW

1.miejsce: 1976, 1985, 1986, 2001-2020 (20 razy rok po roku); w sumie 23 tytuły!

3. miejsce: 1977, 1978, 1987

4. miejsce: 1983

9. miejsce: 1969


NA OLIMPIJSKIM SZLAKU

1988 – 1. Indywidualnie

1992 – 1. Indywidualnie

1996 – 1. Indywidualnie

2000 – 3. Indywidualnie

2004 – 1. Drużynowo (A. Sokołowski, S. Śliwa, Z. Możarowski)

2006 – 1. Indywidualnie; 2. Drużynowo (Sokołowski, Tymrakiewicz, Duś)

2008 - 1. Indywidualnie; 1. Drużynowo (j.w.)

2010 – teleturniej „90 lat na olimpijskim szlaku”, 1. miejsce

2012 – 1. Indywidualnie; 1. Drużynowo (j.w.)

2016 – „120 lat na olimpijskim szlaku”, 1. miejsce


INNE KONKURSY

1986 - konkurs „Od Urugwaju do Meksyku” w Chrzanowie – 1. miejsce

1986 – teleturniej TV Katowice „Wszystko o mundialach” – 1. miejsce

2006 – teleturniej TV Katowice „Od Turynu do Pekinu”, 1. miejsce

2007 – Wrocław, konkurs wiedzy o piłkarskich ME, 1. miejsce i tytuł „Wrocławski mistrz z klasą”

2014 – Mistrzostwa Mistrzów, Dzierżoniów; 1. miejsce

2018 – Stary Jarosław, konkurs „100 lat polskiego sportu”, 1. miejsce

2018 – Dzierżoniów, konkurs „100 lat sportu polskiego”, 1. miejsce

2019 – Dzierżoniów, konkurs „100 lat polskiej piłki nożnej”; 1. miejsce

2019 – Dzierżoniów, konkurs Mistrzostwa Mistrzów; 1. miejsce

2019 – Darłówko, konkurs wiedzy sportowej; 1. miejsce


RYSZARD KOŁTUN

„tylko” 2-krotny mistrz Polski kibiców (lata 70. XX wieku)


WSPOMNIENIA Z ATLANTY (autor: Adam Sokołowski)


Wygrywając 14 kwietnia 1996 roku w Białymstoku w pięknym Pałacu Branickich finał telewizyjnego teleturnieju "Na olimpijskim szlaku" nigdy w życiu nie pomyślałbym, że zwycięstwo to przyniesie mi nie tylko wielki splendor, ale przede wszystkim pozwoli przeżyć w Atlancie piękne, wspaniałe chwile, które pozostaną w mojej pamięci do końca życia.


Już kilkanaście dni po białostockim zwycięstwie dowiedziałem się, że będę oficjalnym członkiem polskiej ekipy. W niedługim czasie zostałem wyposażony jak każdy inny olimpijczyk w sprzęt firm Reebok i Sunset Suits wartości ponad 100 milionów starych złotych. Poinformowano mnie też, że będę na całej olimpiadzie i będę mieszkać obok wioski olimpijskiej (w końcu okazało się, że tylko kilka dni mieszkałem poza wioską), z prawem wstępu na wszystkie zawody. Trudno mi było uwierzyć, że to wszystko jest prawdą i modliłem się, aby nic się nie zmieniło.


Na moje szczęście, jeżeli coś się zmieniło, to tylko na moją korzyść, a to, co przeżyłem, postaram się opisać przedstawiając każdy dzień mojego pobytu w Atlancie.

16 lipca 1996 - dzień 1: Jestem w Atlancie, to nie sen!

Startujemy z lotniska Okęcie o godz. 12.50 lotem rejsowym do Chicago. Jak zwykle - jest to już mój 15. lot samolotem - mam potężnego stracha. Trochę raźniej poczułem się, gdy okazało się, że kapitanem naszego Boeinga 767 z prawie 250 osobami na pokładzie jest znany sprzed lat doskonały polski pilot szybowcowy, uczestnik mistrzostw świata, medalista mistrzostw Polski, Stanisław Wujczak.


Ze sportowców lecą kajakarze górscy oraz Katarzyna Krasowska, badmintonistka, reprezentantka Technika Głubczyce wraz z trenerem Ryszardem Borkiem. Leci też ekipa Polskiego Radia. Z Tomkiem Zimochem, sprawozdawcą I Programu, z którym znamy się od 1991 roku z Dublina, gdzie byłem jako jedyny kibic z Polski wspólnie z reprezentacją na meczu eliminacyjnym Mistrzostw Europy (wynik 0:0), umawiamy się na wywiad już w Atlancie.


Poznaję w czasie lotu Stefana Grzegorczyka - znanego dziennikarza, prezesa pięcioboju nowoczesnego, Zbigniewa Ratajczaka - szefa polskich "Zapasów" (jak się później okaże jednego z najszczęśliwszych ludzi w Atlancie), Czesław Ząbeckiego - prezesa "Lekkoatletyki", Tomasza Waszczuka - prezesa polskiego "Wioślarstwa", trenerów Tadeusza Szlagora (siatkówka) i Bogusława Grylczuka (wioślarstwo), lekarzy Wiesława Maronia (siatkówka) oraz Witolda Zarzyckiego (dżudo). Jak się później okaże z nimi wspólnie zamieszkam w Atlancie - do czasu przeprowadzki do wioski olimpijskiej - w hotelu Baumsted, nadto zostaną moimi wspaniałymi przyjaciółmi.


Obok mnie siedzi w samolocie czwórka najzdolniejszych młodych polskich sportowców: Artur Salacha (zapasy), Jacek Walczak (kolarstwo), Katarzyna Bujnowicz (l.a.) i Jacek Wydrychowicz (żeglarstwo). PKOl w nagrodę za osiągnięcia sportowe wysłał ich do Atlanty na spotkanie młodych sportowców świata. Mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze o nich usłyszę i wiele zrobią dla polskiego sportu.


Po ponad dziewięciogodzinnym locie lądujemy na największym lotnisku świata - O'Hare w Chicago. Robi ono niesamowite wrażenie mimo że już byłem na takich lotniskach jak w Amsterdamie, Toronto czy Heathrow w Londynie. Wystarczy powiedzieć, że aby przedostać się z jednego terminalu na drugi trzeba jechać specjalną kolejką. Po prawie dwugodzinnej przerwie startujemy do Atlanty. O 3.15 czas polskiego lądujemy w stolicy Georgii - Atlancie, mieście XXVI letniej Olimpiady.


Jak trudno uwierzyć, że jestem w Atlancie! To jednak nie sen! Witają nas przedstawiciele polskiej misji z jej szefem Eugeniuszem Pietrasikiem na czele.


Klimat tutejszy, zresztą zgodnie przewidywaniami, jest bardzo gorący i wilgotny. Z lotniska udajemy się na miejsce, gdzie otrzymujemy akredytacje, odbieramy swoje bagaże. Stąd zostajemy przewiezieni do hotelu. Zamieszkuję w pokoju z doktorem Witoldem Zarzyckim.


Około 2 (w Polsce jest 8 rano) wreszcie można położyć się spać.

17 lipca 1996 - dzień 2: W wiosce olimpijskiej nie brakuje niczego

Od rana niesamowity upał. Wspólnie z przyjaciółmi udajemy się autokarem do wioski olimpijskiej. Po kilku minutach jesteśmy już na miejscu. Wszystko robi na mnie wielkie wrażenie. Wiem, że pierwsza wioska olimpijska była zorganizowana w czasie olimpiady w Paryżu w 1924 r. Jak ktoś nie zobaczy wioski olimpijskiej na własne oczy, uważam, że nie jest w stanie jej sobie wyobrazić.


Wioska olimpijska w Atlancie zajmowała powierzchnię niewiele mniejszą od miasta Kluczborka, a zorganizowana była na pagórkowatym terenie Politechniki Stanu Georgia. Przyjęła około 15 000 zawodników, trenerów i oficjeli ze 197 krajów. Ogrodzona była podwójną, kilkumetrowej wysokości siatką. Wszystkie drogi posiadały świetną, równą nawierzchnię. Kursowały po nich kolejki - coś w rodzaju małych tramwajów, którymi mieszkańcy wioski mogli przemieszczać się w każde wybrane przez siebie miejsce. Wioska była dokładnie strzeżona. Co kilkadziesiąt metrów wzdłuż ogrodzenia znajdowały się posterunki złożone z wojskowych, policjantów i ochroniarzy.


Na teren wioski można się było dostać kilkoma wejściami, gdzie każdy wchodzący i jego bagaż poddawany był kilkakrotnej szczegółowej kontroli. Ostatnią formą identyfikacji był bezprecedensowy "wynalazek" - położenie dłoni na płytę komputera, który ostatecznie decydował: wpuścić czy nie. Każda osoba (sportowiec, trener, lekarz, oficjel), która otrzymała akredytację w wiosce, przed wydaniem tego dokumentu składała w komputerze wzorcowy odcisk dłoni, który zarazem był przepustką do wioski. Jeżeli wszystko się zgadzało, zapalało się zielone światełko i można było wchodzić.


W wiosce nie brakowało niczego. Były sklepy, kina, kawiarnie, muzeum MKOl-u, biblioteka, sala telewizyjna, kluby taneczne, kręgielnie, stoły bilardowe, poczta, baseny itp.


Wśród wielu stołówek szczególnie wielkie wrażenie robiła stołówka dla 3500 osób. Olbrzymia powierzchnia, nigdy żadnego tłoku. Świetne też były stołówki McDonald'sa. Każdy mieszkaniec mógł z nich korzystać 24 godziny, bezpłatnie i tyle razy, ile sobie życzył.


Po śniadaniu udajemy się do budynku zajmowanego przez polską drużynę. Moim zdaniem, budynek odpowiada hotelowi dobrej klasy. Na parterze mieszczą się pomieszczenia polskiej misji.


Przed budynkiem przeprowadzam dłuższą pogawędkę z trenerem Tadeuszem Szlagorem, który prowadził polską drużynę na olimpiadach w 1968 (Meksyk) i 1972 r. (Monachium). W siatkówce "siedzi" już ponad 40 lat. Opowiada mi niesamowite historie, szczególnie dotyczące lat 50., w które po prostu trudno uwierzyć. Np. za jak wielką aferę polityczną uznano fakt znalezienia w bagażu jednego z siatkarzy, powracającego z mistrzostw Europy odbywających się w kapitalistycznym kraju, puszki z coca-colą. Uznano go za wroga socjalizmu. Akurat gdy kończymy dialog, wraca z treningu drużyna siatkarzy. Dzięki Szlagorowi poznaję całą ekipę. Otrzymuję od trenera Kreboka zdjęcie całej drużyny, a zawodnicy składają mi swoje autografy. Z kilkoma z nich, m.in. z braćmi Stelmachami, Nowakiem, Śmiglem, Urbanowiczem i Romanem robię pamiątkowe zdjęcie.


Po obiedzie z Witoldem Zarzyckim udajemy się do centrum Atlanty, aby z bliska pooglądać te niesamowite wieżowce. Ruch spory, na każdym kroku wyczuwa się to, że otwarcie olimpiady tuż-tuż. Niestety, nie mam odwagi, aby windą biegnącą na zewnątrz budynku wjechać z moim kolegą na sam szczyt najwyższego hotelu świata - Westin i tam choć przez chwilę przebywać w restauracji, która się kręci.


Po powrocie do wioski kolacja i wracamy do hotelu Baumsted. W świetlicy hotelowej do późnych godzin nocnych moi współtowarzysze opowiadają niesamowite historie związane z dyscyplinami sportu, które reprezentują. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko słuchać z prawie otwartymi ustami.

18 lipca 1996 - dzień 3: Spotkanie z prezydentem RP

Rano przed naszym hotelem spotykam mojego wielkiego rywala w bojach o tytuł mistrza Polski Kibiców sprzed lat, a zarazem kolegę - Ryszarda Kołtuna, obecnie redaktora naczelnego krakowskiego "Tempa", moim zdaniem, najlepszej obecnie gazety sportowej. Okazuje się, że w tym rejonie Atlanty zamieszkuje większość dziennikarzy z Polski. Z Ryśkiem umawiamy się za kilka dni, aby powspominać stare czasy (Rysiek był dwukrotnym mistrzem Polski).


Po rozmowie z Kołtunem udaję się do wioski olimpijskiej. Po śniadaniu, które konsumuję w towarzystwie tenisistów stołowych - Andrzeja Grubby i Lucjana Błaszczyka, udajemy się do polskiego budynku. W pomieszczeniach misji przeprowadzam dłuższe rozmowy z szefem polskich lekarzy Zbigniewem Rusinem oraz znanym sprzed lat olimpijczykiem Zbigniewem Paceltem, obecnie zastępcą Szefa Misji. Zbigniew Pacelt jest jednym z 6 Polaków, który startował w igrzyskach olimpijskich w dwóch różnych dyscyplinach sportu (1969 i 1972 - pływanie, 1976 - pięciobój nowoczesny). Oczywiście robimy pamiątkowe zdjęcia.


Przed obiadem robię zdjęcia ze srebrnym medalistą z Seulu, szablistą Januszem Olechem oraz Wojciechem Bartnikiem, brązowym medalistą w boksie z Barcelony.


Zbliża się wieczór i wszyscy Polacy przygotowują się na przyjazd Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Około 21 przed nasz budynek w towarzystwie Prezesa Urzędu Kultury Fizycznej i Turystyki Stefana Paszczyka przybywa Prezydent Polski. W krótkim przemówieniu prosi sportowców o godne reprezentowanie Polski i oczywiście życzy samych sukcesów. Następnie sportowcy, przeważnie grupowo, pozują do zdjęć z Prezydentem. Ja odpuszczam, gdyż jestem przekonany, że przyjdzie na mnie czas innego dnia. Spotkanie przebiega we wspaniałej atmosferze. Oczywiście wykonuję również zdjęcia z moimi faworytami, a zarazem znanymi sportowcami: dżudokami Pawłem Nastulą i Rafałem Kubackim, wioślarzem Kajetanem Broniewskim (brązowy medalista z Barcelony), chorążym polskiej ekipy olimpijskiej, pływakiem Rafałem Szukałą (srebrny medal w Barcelonie). Na koniec sekwencji zdjęciowej wspólna fotografia z opolanami Katarzyną Krasowską i Ryszardem Borkiem. Po prawie godzinnym pobycie Aleksander Kwaśniewski opuszcza wioskę olimpijską.


Gdy szykujemy się do powrotu do naszego hotelu, od Zbigniewa Ratajczaka otrzymuję wspaniałą wiadomość. To o czym marzyłem, chyba się spełni. Idę z polską ekipą w defiladzie otwarcia. Boże, to chyba niemożliwe!


We wspaniałym nastroju udajemy się na kolację, a następnie wracamy do naszego hotelu.

19 lipca 1996 - dzień 4: Idę w defiladzie otwarcia!

Nie za bardzo się wyspałem, gdyż ciągle przed oczami defilowali mi sportowcy w czasie ceremonii otwarcia.


Defilada otwarcia to najważniejsza część olimpiady. Po raz pierwszy w Londynie w 1908 roku w defiladzie wzięło udział 2035 sportowców (w tym 36 kobiet) z 22 państw. Od igrzysk olimpijskich w Amsterdamie w 1928 r. defiladę otwiera ekipa Grecji, a kolejne państwa idą w porządku alfabetycznym. I oto ja, zwykły człowiek z Kluczborka, rodem z Kuniowa, mam uczestniczyć na oczach prawie 100 tysięcy ludzi na stadionie oraz miliardów przed telewizorami w tym niesamowitym spektaklu. Nie, to chyba niemożliwe...


Rano wyruszamy do wioski olimpijskiej. Po śniadaniu udaję się na jeden z basenów znajdujący się na terenie wioski. Nie dość, że słońce grzeje niemiłosiernie, to woda w basenie jest podgrzewana. Przy basenie stoiska Coca-Coli i można bezpłatnie korzystać z różnych napojów oraz lodów.


Po obiedzie z kolegami udajemy się do naszego hotelu, aby tu przygotować się do ceremonii. Około 19 z moimi współtowarzyszami docieram do budynku Polaków w wiosce olimpijskiej. Wszyscy ubrani jesteśmy we wspaniałe garnitury. Otrzymujemy specjalne wejściówki oraz małe flagi amerykańskie, przy pomocy których będziemy pozdrawiać Amerykanów.


Około 19.30 podjeżdżają pod budynek autokary. Wsiadamy i ruszamy na stadion. Ruch drogowy w Atlancie jest wstrzymany, gdy kilkaset autobusów ze sportowcami, działaczami podąża na ceremonię otwarcia. Wspaniały widok, a temperatura rośnie. W autobusie siedzę razem z Paceltem. Na jego pytanie, twierdzę, że zdobędziemy 15 medali. Pan Pacelt jest większym optymistą. Po kilkunastu minutach jesteśmy na stadionie Fulton, leżącym obok stadionu olimpijskiego. Stadion ten jest jak nowy, ale po olimpiadzie ma go już nie być. Każda z ekip zajmuje wyznaczone miejsce w swoim sektorze. Na stadionie jest zainstalowany potężny ekran, na którym można oglądać to, co dzieje się na stadionie olimpijskim.


Wreszcie zaczyna się.


Na mnie ceremonia otwarcia robi duże wrażenie. W wyreżyserowanym przez specjalistę od gigantycznych przedsięwzięć, Dona Mischera, uroczystym otwarciu w urzekający sposób nawiązano do starożytności przez ukazanie cieni antycznych olimpijczyków na olbrzymich płótnach, które stworzyły coś w rodzaju magicznego lampionu. Te cienie rozpłynęły się później w nowoczesnej Ameryce, z klasycznym, pochodzącym właśnie z Georgii jazzem, z cudownym koncertem wokalistów z Gladys Knight na czele, która odśpiewała "Georgia On My Mind".


sokolowski /

Atlanta: Defilada otwarcia


Ale najciekawsze jest jeszcze przede mną. Zaczyna się przemarsz ekip. Po kolei opuszczają stadion Fulton i udają się na stadion olimpijski. Na czele każdego z państw niosąc flagę idą najsłynniejsi sportowcy. M.in. na czele reprezentacji Francji idzie Marie-Jose Perec, Rosji - Aleksander Karelin, a Szwecji - Jan-Ove Waldner.


W Atlancie po raz pierwszy w dziejach nowożytnych igrzysk na starcie stawiły się reprezentacje wszystkich krajów należących do MKOl-u. Dwanaście tysięcy zawodników ze 197 państw. I ten fakt należy rozpatrywać nie tylko w skali rekordu uczestnictwa, ale właśnie powszechności ruchu olimpijskiego, który tak często i to do niedawna szarpany był wieloma konfliktami, w tym to, co najbardziej boli: w postaci politycznych bojkotów.


Tu w Atlancie - co do niedawna było nie do pomyślenia - podczas defilady otwarcia obok siebie maszerowały ekipy Bośni, Chorwacji, Jugosławii, Izraela i Palestyny, Chin i Tajwanu, wreszcie Republiki Południowej Afryki i wszystkich "czarnych" państw tego kontynentu, które przez dziesiątki lat nie mogły obok siebie stanąć, a co dopiero walczyć na sportowych arenach.


Wreszcie przychodzi kolej na Polaków. Ruszamy jako 142. ekipa narodowa. Tempo rośnie. Szybkim krokiem, a nawet biegiem pokonujemy dystans dzielący oba stadiony. W końcu jesteśmy na koronie stadionu olimpijskiego. Widok wspaniały, stadion huczy, a my po chwili jesteśmy na bieżni.


Jestem w szoku. To, o czym nawet marzyć nie mogłem, stało się. Idąc bieżnią, przed oczyma stoją lata nauki. Jak warto było się uczyć, bowiem za żadne pieniądze nie było możliwe kupienie sobie miejsca w defiladzie, w ekipie Polaków.


Wśród defilujących, jak i na trybunach, prawdziwa radość. Wszyscy się cieszą. Nie ulega wątpliwości, że olimpiada to święto nie tylko sportowców, ale także narodów.


Po przejściu około 300 m bieżnią zajmujemy miejsce na płycie obok podium, na którym rozpoczynać się będą kolejne etapy związane z otwarciem. Po chwili w naszej ekipie wielkie poruszenie. Przewraca się szef naszej misji Eugeniusz Pietrasik. Pierwszej pomocy udzielają mu nasi lekarze z doktorem Rusinem na czele, a następnie zabiera go malutki ambulans. Nikt z nas Polaków nawet nie pomyśli, że stanie się to, co może być najgorsze.


Otwarcie trwa. Na podium obok Przewodniczącego MKOl-u Juana Antonio Samarancha i Przewodniczącego Komitetu Organizacyjnego Igrzysk Williama Portera Payne'a znajdują się najsłynniejsi żyjący olimpijczycy. Jest wśród nich najstarszy żyjący złoty medalista, gimnastyk, 97-letni Słoweniec Leon Stukelj, a także Dawn Fraser, Carl Lewis, Mark Spitz, Witalij Szczerbo, Teofilo Stevenson, Bob Beamon, Greg Louganis i Nadia Comaneci.


Zaszczytu złożenia ślubowania w imieniu zawodników dostąpiła dwukrotna złota medalistka w koszykówce Teresa Edwards, która w tym dniu obchodziła 32. urodziny. Tu w Atlancie zdobędzie swój trzeci złoty medal olimpijski.


Wzruszającym i ważnym akcentem było powierzenie kluczowej roli zapalenia znicza wybitnej postaci amerykańskiego życia sportowego, mistrzowi olimpijskiemu w boksie w wadze półciężkiej z 1960 r. w Rzymie Cassiusowi Clay'owi (pokonał w finale Zbigniewa Pietrzykowskiego), który kontynuował potem karierę jako zawodowiec i doszedł w profesjonalnym boksie do największych zaszczytów jako Muhammad Ali. Ten wybór był szczególnie trafny i to z kilku względów. Po pierwsze - w Atlancie, skąd pochodził obrońca praw murzyńskiej ludności pastor Martin Luther King, znicz został zapalony przez czarnego sportowca. Po drugie - Muhammad Ali potępił swego czasu segregację rasową i na znak protestu wrzucił swój olimpijski medal do rzeki (tu w Atlancie w geście zadośćuczynienia w przerwie finałowego meczu koszykówki mężczyzn pomiędzy drużynami USA i Jugosławii, Juan Antonio Samaranch wręczył Muhammadowi Ali złoty medal olimpijski będący repliką medalu z Igrzysk Olimpijskich w Rzymie). Po trzecie - sprzeciwił się wojnie w Wietnamie, za co ukarano go odebraniem tytułu zawodowego mistrza świata wszechwag. Po czwarte - jest ciężko chory na chorobę Parkinsona.


Udaje mi się przedostać do ekipy amerykańskiej i tu zrobić zdjęcia ze znakomitymi koszykarzami NBA - Johnem Stocktonem i Charlesem Barkley'em. Niewiele brakowało, a miałbym też zdjęcie ze Scottie Pippenem. Niestety, w moim aparacie wysiadły baterie.


Około 1.30 ceremonia otwarcia dobiega końca. Nie jest łatwo wydostać się ze stadionu. Około 4 wspólnie ze Zbigniewem Ratajczakiem docieramy do naszego hotelu. Tu od naszych przyjaciół, którzy nieco szybciej wrócili - dosięga nas straszna wiadomość: Eugeniusz Pietrasik nie żyje. Nie zdążył zobaczyć się ze swoją żoną, która przyleciała z Warszawy w dniu otwarcia i prosto z lotniska udała się na stadion.


Prawdą jest, że dwa odwieczne wątki towarzyszą losowi człowieka od jego zarania - optymizm życia i piętno śmierci. Tu w Atlancie ta świadomość przybrała cechy niemal antycznej tragedii. Eugeniusz Pietrasik był dla polskiej misji szefem, ojcem, opiekunem. Nie zapomniał o żadnym szczególe, był twórcą wspaniałej, bojowej atmosfery reprezentacji Polski. Ponoć bezpośrednio przed śmiercią, już na płycie, miał powiedzieć: "No to doprowadziłem Was na igrzyska, moja misja została zakończona".


Mimo bardzo późnej pory nie można zasnąć. Taka tragedia.

20 lipca 1996 - dzień 5: Pierwsze polskie złoto

Dość późno, bo dopiero około 10 udajemy się do wioski olimpijskiej.


W trakcie śniadania rozpoznaję dwóch doskonałych chorwackich koszykarzy: Toniego Kukoca z Chicago Bulls (drużyny, której jestem od wielu lat zagorzałym kibicem) oraz Dino Radję z Boston Celtics. Oczywiście postanowiłem zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcia. Udaje się bez problemów. W drodze do zakwaterowania Polaków robię zdjęcia z dwójką doskonałych tenisistów stołowych z Belgii: braćmi Saive - Jean Michelem (był chorążym ekipy belgijskiej) i Philippe'm.


W polskim budynku straszne przygnębienie po wczorajszej tragedii. Mało kto z kim rozmawia. Z tego smutnego nastroju wyrywa nas wspaniała wiadomość. Otóż reprezentantka Śląska Wrocław Renata Mauer zdobywa złoty medal, pierwszy w tych igrzyskach, w strzelaniu z karabinka pneumatycznego. Walka o złoty medal była wyjątkowo dramatyczna i sensacyjna. Po dziewięciu seriach w finale 27-letnia wrocławianka miała 1,7 pkt straty do prowadzącej Niemki Petry Horneber. W ostatnim strzale Niemka osiągnęła swój najgorszy wynik 8,8 pkt, podczas gdy Polka uzyskała 10,7 pkt i ostatecznie wyprzedziła rywalkę o 0,2 pkt. Po cichu liczyłem na jakiś medal w strzelectwie, ale żeby złoty i to od razu w pierwszej konkurencji olimpiady?


Doskonale walczą w zapasach Ryszard Wolny i Andrzej Wroński. Są już w czwórce. Jutro będą walczyć o medale. Muszę koniecznie być na tych walkach. Piąte miejsce wywalczyła Beata Maksymow w dżudo i Jerzy Pietrzak w strzelaniu z pistoletu pneumatycznego. Zawiódł mnie nieco Rafał Kubacki odpadając w repesażach po porażce z dużo niżej od siebie notowanym Grekiem Papaioannou.


Po obiedzie witamy powracającą ze złotym medalem, bardzo skromną Renatę Mauer. Renata to radość, wdzięk i piękny uśmiech, którym oczarowała wszystkich. Jest oczywiście symboliczna lampka szampana. Mam okazję do zrobienia zdjęć z naszą pierwszą złotą medalistką z Atlanty.


O godzinie 17 odbywa się w pobliskim kościele katolickim msza święta w intencji zmarłego Eugeniusza Pietrasika z udziałem Prezydenta RP. Dowiaduję się, że pogrzeb zmarłego odbędzie się w Warszawie po zakończeniu igrzysk olimpijskich, gdy wszyscy olimpijczycy powrócą już do kraju.


Wszyscy już myślimy o niedzieli, gdy wystartuje nasz główny faworyt Paweł Nastula.

21 lipca 1996 – dzień 6: Trzy złote medale w jednym dniu!

Niedziela. W wiosce olimpijskiej z relacji telewizyjnych dowiaduję się o bardzo dobrych występach Pawła Nastuli. Jest już w strefie medalowej. Do finałów awansowali w swoich kategoriach wagowych zapaśnicy Ryszard Wolny i Andrzej Wroński.


Na obiad udaję się do McDonald’sa. Obok mnie siedzi wczorajszy mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów w kategorii do 45 kg Turek Halil Mutlu. Bez problemów dogadujemy się w języku rosyjskim. Turek jest zaskoczony, że rozpoznałem go wśród sportowców i z przyjemnością pozuje do zdjęcia.


Po obiedzie udajemy się do hali, gdzie walczą dżudocy. Nie musimy długo czekać, aby zobaczyć w akcji Pawła Nastulę. O wejście do finału walczy z wielce utytułowanym Brazylijczykiem Miguelem Fernandesem (złoty medalista z Seulu). Walka jest dramatyczna. Polak prowadzi, ale na około 30 sekund przed zakończeniem czasu Paweł otrzymuje drugie ostrzeżenie i przegrywa. Ale Polak – aktualny mistrz świata i Europy – zdobywa się na desperacki rzut i wygrywa. Szalejemy z radości (Gdy później, już w wiosce olimpijskiej, zapytałem Pawła co myślał, gdy pozostało do końca walki kilkanaście sekund, a on przegrywał, odpowiedział krótko: „Wiedziałem, że muszę go rzucić”). Za kilkanaście minut finałowa walka. Polak walczy wspaniale i swego przeciwnika Koreańczyka Kim-Min-Soo pokonuje przez ippon. Jechał na igrzyska w roli stuprocentowego faworyta, jak niewdzięczna to rola nie trzeba nikogo przekonywać. Paweł wytrzymał jednak to obciążenie. Śpiewamy „Mazurka Dąbrowskiego”, łzy same cisną się do oczu.


Szybko przedostajemy się do sąsiedniej hali, gdzie zbliżały się finały walk zapaśniczych z udziałem Polaków. I oto na matę wchodzą Ryszard Wolny i Francuz Ghani Yalouz. Polak walczy cudownie. Wprost deklasuje rywala. Wolny, który na olimpiadzie wystartował dzięki tzw. „dzikiej karcie”, wygrywa 7:0. Dla mnie był on najlepszym obok Zawadzkiego i Karelina zapaśnikiem olimpiady. Chcę zaznaczyć, że od lat byłem kibicem Ryśka również z tego względu, że obchodzi urodziny tego samego dnia co ja. Zanim na matę wejdzie drugi Polak po raz drugi w dniu dzisiejszym śpiewaliśmy „Mazurka”.


Andrzej Wroński stacza zaciętą – z dogrywką – walkę z Siergiejem Lisztwanem z Białorusi. Dzięki większej aktywności, przy stanie 0:0 sędziowie wskazują na Polaka. Szalejemy, a Andrzej wykonuje salto w tył. Po ośmiu latach powtarza swój sukces z Seulu. Przejdzie do historii jako jeden z nielicznych dwukrotnych złotych medalistów olimpijskich.


Coś niesamowitego! Trzy złote medale w jednym dniu. Szybko sobie przypominam, że jest to trzeci taki przypadek w historii naszych startów olimpijskich. 23 października 1964 roku w Tokio złote medale zdobyli bokserzy Józef Grudzień, Jerzy Kulej i Marian Kasprzyk. 29 lipca 1992 r. w Barcelonie wywalczyli złote medale Waldemar Legień w dżudo, Arkadiusz Skrzypaszek indywidualnie i drużynowo wraz z Maciejem Czyżowiczem i Dariuszem Goździakiem w pięcioboju nowoczesnym. Nie było jeszcze w historii olimpizmu tego, abyśmy po dwóch dniach mieli w dorobku 4 złote medale i prowadzili w klasyfikacji medalowej.


Po kolacji witamy w wiosce naszych złotych medalistów. Gratulacjom nie ma końca. Nie może zabraknąć tradycyjnego „sto lat”. Ktoś żartuje, że jak tak dalej pójdzie, to PKOl zbankrutuje (za zloty medal każdy z Polaków ma otrzymać 600 milionów starych zł plus cinquecento). Nie mogę przegapić okazji do zrobienia zdjęć.


Dobiega końca złota polska niedziela.

22 lipca 1996 – dzień 7: Przenoszę się do wioski

Nowy tydzień zaczyna się od miłej dla mnie niespodzianki. Otóż Zbigniew Ratajczak – prezes zapasów – drogą telefoniczną otrzymuje wiadomość z polskiej misji, że mamy się przeprowadzić z hotelu Baumsted do wioski olimpijskiej. Pakujemy się i specjalnym busem udajemy się do polskiego budynku w wiosce olimpijskiej. Zamieszkuję w jednoosobowym pokoju z klimatyzacją. Uważam, że warunki są bardzo dobre. Co dnia zmieniana pościel oraz ręczniki. Otrzymujemy też codziennie szampon i mydło. Łazienki są wprawdzie wspólne, ale za to bardzo duże, doskonale wyposażone.


Po śniadaniu „Martą”, czyli metrem, udaję się na zakupy do Dunwoody (dzielnicy Atlanty). Kupuję m.in. widokówki, gdyż już czas, aby wysłać pozdrowienia do znajomych.


Po obiedzie udaję się autobusem z siatkarzami na mecz z drużyną USA. Mecz jest rozgrywany w pięknej hali Omni Coliseum – specjalnie wybudowanej na olimpiadę – mogącej pomieścić prawie 20 tysięcy ludzi. Amerykanie nic nadzwyczajnego nie prezentują, jednak Polacy grają jakoś bez wiary w siebie i przegrywają 0:3. Uważam, że Polaków przy pełnej mobilizacji stać było na pokonanie Amerykanów.


Po powrocie do wioski dowiaduję się, że wielką niespodziankę sprawiła dżudoczka Aneta Szczepańska zdobywając srebrny medal. Jest pierwszą polską dżudoczką, która stanęła na olimpijskim podium, a zarazem pierwszą medalistką z Włocławka.


Znów doskonale walczyli zapaśnicy. Medalowe szanse – nawet na złoto – mają Włodzimierz Zawadzki, Józef Tracz i Jacek Fafiński. Oczywiście nie może mnie zabraknąć jutro na walkach, których stawką będą medale.


Wieczorem znowu kilka zdjęć z polskimi sportowcami.

23 lipca 1996 – dzień 8: Jeszcze jedno złoto w zapasach

Rano jest trochę luzu, a ponieważ pogoda jest wyjątkowo słoneczna, idę na basen. Po kąpieli czas na opalanie.


Z basenu udaję się na stołówkę. Tu udaje mi się nawiązać rozmowę z najsłynniejszym w historii zapaśnikiem Aleksandrem Karelinem, zwanym „Niedźwiedziem z Syberii”. Jest on od dziesięciu lat niepokonany na matach świata. W tym czasie zdobył 3 złote medale olimpijskie (w tym w Atlancie), po 7 tytułów mistrza świata i Europy. Ten potężny mężczyzna ważący 130 kilo i mierzący 2 metry, okazuje się wyjątkowo miłym facetem, z uznaniem wyrażającym się o polskich zapaśnikach.


Po obiedzie wspólnie ze Zbigniewem Ratajczakiem i Stefanem Grzegorczykiem udajemy się na zapasy. O złote medale walczyć będą Włodzimierz Zawadzki i Jacek Fafiński, zaś o brąz Józef Tracz. Gdy zbliża się walka Zawadzkiego, do sektora, w którym siedzimy, przybywa – podobnie jak w poprzednie dni – Aleksander Kwaśniewski. Nasz prezydent zachowuje się jak normalny kibic bardzo przeżywający walki Polaków.


Zaczyna się finał w kategorii 62 kg. Włodek Zawadzki walczy z Kubańczykiem Juanem Luisem Marenem. Jest to niejako rewanż za Barcelonę, gdzie w walce o brązowy medal Polak przegrał właśnie z Marenem. Włodek, zwany przez kolegów „Diabłem”, od początku walczy wspaniale. Jest w doskonałej formie. Wygrywa niewysoko, bo 3:1, ale pewnie. Co za radość!


Przed dekoracją udaje mi się porozmawiać z Aleksandrem Kwaśniewskim. Wymieniamy poglądy o startach Polaków. O dziwo, prezydent wie, że jestem tu jako zwycięzca teleturnieju „Na olimpijskim szlaku”. W czasie wciągania polskiej flagi wspólnie śpiewamy polski hymn. No i oczywiście wspólne zdjęcie.


sokolowski /Atlanta: Z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim


Niebawem staje do walki o brązowy medal Józef Tracz. Jego przeciwnikiem jest Niemiec Erik Hahn. Jeżeli Józek wygra, zostanie pierwszym Polakiem, który w kolekcji będzie miał 3 medale olimpijskie w zapasach. Tracz wygrywa wyraźnie. Józek przegrał w Atlancie tylko pierwszą walkę z Węgrem Berziczą. Gdyby ją wygrał, miałby zloty medal. Szkoda.


Po kilkunastu minutach do walki o złoty medal staje Jacek Fafiński – moim zdaniem „czarny koń” tej olimpiady. Najbardziej weń wierzy prezes Zbigniew Ratajczak. Niestety Wiaczesław Olejnik z Ukrainy nie daje Jackowi większych szans i wygrywa 6:0.


Prezes Ratajczak promienieje z radości. Jego zawodnicy w klasyfikacji drużynowej zdeklasowali przeciwników. Trener Ryszard Świerad płacze ze wzruszenia. Przejdzie do historii jako trener, którego podopieczni zakasowali w Atlancie wszystko, co stało się w rodzimych zapasach wcześniej.


Wracając do wioski olimpijskiej w autobusie nawiązuję rozmowę z legendą zapasów, trzykrotnym złotym medalistą olimpijskim, Rosjaninem Aleksandrem Miedwiediem. Po kilku godzinach do wioski wracają nasi zapaśnicy. Wielka feta, a królem wieczoru jest Zbyszek Ratajczak.

24 lipca 1996 – dzień 9: Spotkanie w Polskim Centrum Olimpijskim

Znów od rana piękna pogoda. Ponieważ nie ma aktualnie zawodów z udziałem Polaków jest możliwość pójścia na basen, woda wspaniała i w zasadzie nie chce się z niej wychodzić.


Po obiedzie w towarzystwie Zbigniewa Ratajczaka, Stefana Grzegorczyka oraz zapaśników stylu klasycznego udajemy się busem, będącym w dyspozycji polskiej reprezentacji, do Polskiego Centrum Olimpijskiego, urządzonego w niewielkim miasteczku Avondale Estates. Miasteczko to, liczące 2400 mieszkańców, oddalone jest zaledwie o 6 km od centrum Atlanty. Burmistrz tego miasteczka Allan A. Kirwan imieniu tamtejszej społeczności zaproponował, by właśnie u nich podczas igrzysk mieścił się Dom Polski.


Oddane do dyspozycji Polaków w budynki leżą nad pięknym jeziorem Avondale. Obszerne tereny parkowe zajęte są przez polskie firmy, które reklamują swoje wyroby, m.in. ZZPC Opoczno ze swoimi płytkami ceramicznymi. W pobliżu centrum oryginalny góralski szałas, gdzie prezentowana jest sztuka i folklor Podhala, serwowane jest góralskie jedzenie.


Gospodarze centrum podejmują nas obiadem. Jest tradycyjny polski schabowy z ziemniakami i zasmażaną kapustą. Przyznam szczerze, że trochę się stęskniłem za takim jedzeniem.


Spotykamy tu m.in. Włodzimierza Strzyżewskiego - twórcę ringo, który także tutaj propaguje ten sport. Jednym z gospodarzy jest mieszkająca od wielu lat w USA Krystyna Kacperczyk, polska olimpijka z Monachium (1972), była rekordzistka świata na 400 m przez płotki. Czas płynie szybko w miłym nastroju, ale niestety trzeba wracać do wioski olimpijskiej.


Tu dowiadujemy się, że Renata Mauer zdobyła swój drugi medal olimpijski, tym razem brązowy, w strzelaniu z karabinka standard. Pani Renata miała duże szanse zdobyć swój drugi złoty medal, gdyż do końcowej rozgrywki weszła z dwupunktową przewagą nad następną rywalką. No cóż, tak to bywa w sporcie, przecież w strzelaniu z karabinka pneumatycznego, gdzie Renata Mauer zdobyła złoty medal, sytuacja przed rozgrywką w finale była akurat odwrotna. I tak Renata przejdzie do historii jako jedyna z Polaków zdobywczyni 2 medali na igrzyskach w Atlancie. Pierwszym trenerem Renaty Mauer, pochodzącej spod Warszawy, był Zdzisław Stachyra, wychowawca pierwszej polskiej złotej medalistki mistrzostw świata w strzelectwie - Eulalii Zakrzewskiej-Rolińskiej. 


Dobiega końca dziewiąty dzień zmagań olimpijskich, szczęśliwy dla nas, gdyż trwa nasza passa medalowa.

25 lipca 1996 – dzień 10: Nastula, Suleymanoglu, Sotomayor...

Zmieniła się nieco pogoda. Po raz pierwszy od początku mojego pobytu w Atlancie jest pochmurno, a nawet trochę pada, ale ciepło i wilgotność dalej dokucza. Ponieważ już jutro zaczynają się zmagania królowej sportu, czyli lekkoatletyki, - mojej ulubionej dyscypliny - i braknie mi czasu na inne sprawy, dzień przeznaczam na zwiedzanie wioski z zamiarem poznania najsłynniejszych sportowców świata.


Po śniadaniu przed polskim budynkiem, udaje mi się przeprowadzić ponad godzinną rozmowę z Pawłem Nastulą. Paweł jest rodowitym warszawiakiem. Ma już w kolekcji 7 tytułów mistrza Polski, 3 razy był mistrzem Europy (1994, 1995, 1996), raz mistrzem świata w 1995 roku, no i teraz tytuł mistrza olimpijskiego. W 1992 roku w Japonii wygrał najbardziej prestiżowy turniej dżudo imienia twórcy tego sportu Jigoro Kano. Od trzech lat jest niepokonany na matach świata.


Paweł opowiada mi o początkach swojej kariery. Już w wieku 10 lat chciał się zapisać do sekcji dżudo AZS-AWF Warszawa, ale trener Wojciech Borowiak (notabene jego obecny trener) nie wyraził zgody z dwóch względów. Po pierwsze - Paweł był za młody, brakowało mu do limitu 4 lata, po drugie - miał drobną budowę ciała, był cherlawy i według trenera "nie miał wielkich szans na zrobienie kariery w tym sporcie". Dopiero pisemne oświadczenie matki Pawła spowodowało zmianę decyzji trenera Borowiaka. Jakże mylił się trener; m.in. dzięki uporowi Pawła stał się jednym z najbardziej znanych trenerów dżudo na świecie. Jego wychowanek jest w tej chwili zdecydowanie najlepszym dżudoką świata. Taką opinię wyraziła m.in. Europejska Unia Judo oraz jeden z najsłynniejszych zawodników w historii dżudo Anton Geesink (ten, który W 1964 roku pierwszy powstrzymał Japończyków).


Jak wielu młodych sportowców, również Paweł przeżywał różne załamania życiowe i jego kariera kilka razy stała pod znakiem zapytania. Ale dzięki swojemu charakterowi przezwyciężył chwile słabości i doszedł na sam szczyt sportowych marzeń. Paweł Nastula został wybrany najlepszym sportowcem Polski 1995 roku. Po sukcesach tegorocznych jest chyba kandydatem numer 1 do zwycięstwa w 1996 roku.


Gdy jeszcze tego samego dnia zapytałem trenera Borowiaka jak to było z tym przyjęciem Pawła do sekcji dżudo AZS-AWF Warszawa, tylko się uśmiechnął i powiedział: - W sporcie - jak w życiu - można się wiele razy pomylić. I dodał: - Jest z pewnością po 14 latach pracy z Pawłem wiele mego wkładu w to co osiągnął i to nie tylko w dżudo.


Gdy kończyliśmy wspaniałą pogawędkę do wioski olimpijskiej dotarł sprowadzony w trybie awaryjnym florecista Jarosław Rodzewicz, który zastąpił w walkach drużynowych kontuzjowanego w walkach indywidualnych Piotra Kiełpikowskiego (Jarek jeden dzień mieszkał poza wioską). Polacy są już w czwórce. Po południu walki o medale.


Na obiad idę do McDonald'sa. Tu wśród sportowców rozpoznaję najsłynniejszego ciężarowca - chyba wszechczasów - Naima Suleymanoglu. Historia związana z tym człowiekiem jest niesamowita. Początkowo reprezentował barwy Bułgarii. W 1985 roku zbiegł do Turcji, skąd się wywodzi. Trzykrotnie zmieniano mu nazwisko. Trzykrotnie zdobywał medale złote olimpijskie, 7 razy był mistrzem świata, a 6 mistrzem Europy. Ponad 60 razy bił rekordy świata. Nie było w historii podnoszenia ciężarów bardziej utytułowanego sportowca. Towarzyszę znakomitemu sportowcowi w drodze do niedaleko położonego budynku reprezentacji Turcji. Turek pali bardzo mocne papierosy, wypala ich dziennie ponad 50 sztuk. Nie stroni również od mocnych trunków. Jest ciągle uśmiechnięty. Doskonale włada językiem rosyjskim i angielskim. Sam niewiele wie, co posiada. Ponoć majątek ma przeogromny. Już tu w Atlancie po zdobyciu trzeciego złotego medalu olimpijskiego, podpisał wielomilionowy kontrakt reklamowy z Coca-Colą. Na koniec robimy wspólne zdjęcie, które dla mnie będzie wielką pamiątką.


W godzinach popołudniowych na ekranie telewizyjnym oglądam walki polskich florecistów. W półfinale po morderczej walce Polacy zwyciężają Austriaków 45:44. Niestety w finale, wobec słabszej dyspozycji Ryszarda Sobczaka, przegrywamy z Rosją 40:45. W historii startów olimpijskich jest to już szósty medal drużynowy florecistów. Sobczak, Krzesiński i Kiełpikowski byli członkami brązowej drużyny z Barcelony.


Przed kolacją udaje mi się zrobić zdjęcie z dwójką znakomitych lekkoatletów kubańskich: rekordzistą świata w skoku wzwyż Javierem Sotomayorem (który z powodu kontuzji chyba nie obroni tytułu mistrza olimpijskiego z Barcelony) oraz świetną biegaczką Aną Fidelią Quirot. Ta świetna biegaczka - zdobywczyni brązowego medalu na 800 m w Barcelonie - na niespełna dwa lata przed Atlantą przeżyła wielką tragedię. Na skutek wybuchu butli gazowej poroniła ciążę, a jej ciało było w 60% poparzone. Przechodziła wiele operacji i wykazując niesamowity hart ducha wróciła do wielkiego sportu. Znów uchodzi za jedną z faworytek w biegu na 800 m.


sokolowski 

Atlanta: Ana Fidelia Quirot i Javier Sotomayor


Dobiega końca kolejny dzień. To już półmetek.

26 lipca 1996 – dzień 11: Nie ma to jak lekkoatletyka

Wstaję dość wcześnie, bowiem w godzinach rannych odbywa się chód na 20 km z udziałem Roberta Korzeniowskiego. Jak popularna jest lekkoatletyka przekonuję się po przybyciu na stadion. Godzina 9 rano, a ponad 80-tysięczny stadion olimpijski wypełniony w prawie 100%.


Jestem podekscytowany wspaniałą atmosferą wielkiego stadionu. Trwają pierwsze eliminacje. Robert Korzeniowski jest ósmy na 20 km, który to dystans polski zawodnik traktuje jako przetarcie przed jego koronnym dystansem na 50 km.


W trakcie zawodów spotykam się z silną grupą kibiców z Racotu, którzy tak mocno dopingują Polaków. Są to przedstawiciele prężnie działającego w tej miejscowości klubu olimpijczyka oraz przedstawiciele innych polskich klubów olimpijczyka. Ich wyjazd na olimpiadę odbył się przy znacznej pomocy PKOl-u. Jest wśród nich mój przyjaciel Zdzisław Zielonka, twórca prężnie działającego klubu olimpijczyka "Olimp" z Grodkowa. W towarzystwie tej grupy jest także nasza najlepsza sportsmenka w historii polskiego sportu, Irena Szewińska. Robimy zdjęcia oraz wymieniamy poglądy o przebiegu igrzysk, a w szczególności o występach Polaków. Jedno jest pewne: igrzyska są wspaniałe.


Gdy zamierzam wrócić do wioski, jeszcze na stadionie spotykam Tomka Zimocha. Udzielam wywiadu dla Programu I Polskiego Radia.


Wracam do wioski. Po obiedzie przed wyjazdem w telewizji oglądam zmagania ciężarowców w kategorii do 83 kg, a wśród nich Polaka Andrzeja Cofalika, zawodnika KKS Śląsk Tarnowskie Góry. Poza konkurencją jest obrońca tytułu z Barcelony Grek Pyrros Dimas. Po zażartym boju nasz reprezentant zdobywa brązowy medal. Andrzej pochodzi z bardzo usportowionej rodziny. Jego bracia Hilary i Marian byli reprezentantami kraju, a Bogdan był mistrzem Polski w kategorii juniorów, obecnie jest z księdzem i przebywa na misji w Papui Nowej Gwinei.


O godzinie 18 ponownie jadę na stadion olimpijski. Trwają eliminacje. Wspaniałe są biegi na dystansach sprinterskich. Wielkie możliwości pokazują Gail Devers, Merlene Ottey, Jose-Marie Perec, Frank Fredericks, Ato Boldon oraz niesamowity Michael Johnson. Stadion szaleje, gdy pojawia się on na starcie. Aż strach pomyśleć, co się będzie działo w finałach.


Jest już po 22, gdy wracam do wioski olimpijskiej.

27 lipca 1996 – dzień 12: Wybuch bomby i finały sprinterskie

Koszmarna noc. Około 2 w nocy wszyscy mieszkańcy naszego budynku zostają postawieni na nogi. Członkowie naszej misji sprawdzają czy wszyscy Polacy są w swoim miejscu zakwaterowania. W pierwszej chwili nie wiemy, co się stało. Okazuje się, że na terenie parku olimpijskiego, graniczącego z wioską olimpijską, wybuchła bomba. Są ofiary śmiertelne. Na szczęście wszyscy Polacy są w komplecie w wiosce. Nie ma mowy o jakimkolwiek śnie do samego rana.


Prawdę powiedziawszy jeszcze przed odlotem do Atlanty nieraz myślałem, że w związku z olimpiadą mogą być podjęte akcje terrorystyczne. Wiadomym jest, że Amerykanie - jak mało który naród - mają wielu wrogów. Niejednokrotnie myślałem o podłożonych bombach w samolotach, na obiektach sportowych, środkach masowej Komunikacji itp. Przecież np. zwolenników Saddama Husajna stać na wszystko. Dla nich i im podobnym "Olimpiada", czyli święto przyjaźni i pokoju, nic nie znaczy.


Od razu przypominam sobie wydarzenia z 5 września 1972 roku z igrzysk w Monachium. Wtedy to o godzinie 5:20 grupa palestyńskich komandosów z organizacji "Czarny Wrzesień" dokonała zamachu w wiosce olimpijskiej, gdzie zamordowała dwóch sportowców Izraela i zatrzymała 9 zakładników izraelskich. Ryzykowna próba ich odbicia przez bawarską policję zakończyła się niepowodzeniem. W wyniku strzelaniny zginęli zakładnicy, 5 terrorystów, policjant oraz pilot jednego z helikopterów.


Od rana w wiosce wielkie przygnębienie. W wyniku wybuchu bomby zginęły dwie osoby, a około 100 jest rannych. Również w naszej ekipie duży niepokój. Wielu chciałoby być już w domu. Przecież mogą nastąpić kolejne akty terrorystyczne. Sam mam niemałego stracha. Jak tu jechać na stadion olimpijski. Tam też może być podłożona bomba. Amerykanie jeszcze bardziej zwiększają środki bezpieczeństwa, ściągając dodatkowo kilka tysięcy wojska i służb ochroniarskich.


W drodze na stołówkę rozpoznaję rekordzistę świata, obrońcę tytułu mistrza olimpijskiego z Barcelony w rzucie oszczepem Jana Żeleznego. Czechosłowak chętnie pozuje ze mną do zdjęcia. Żegnając życzę mu - oczywiście - zdobycia złotego medalu.


Przed obiadem oglądam w telewizji zmagania strzelców w konkurencji skeet. Doskonale spisuje się zawodnik Śląska Wrocław Mirosław Rzepkowski. Zmagania strzelców oglądam w towarzystwie Tadeusza Szamreja, także skeetowca, który niestety odpadł w eliminacjach zajmując ostatecznie 38. miejsce. Rzepkowski strzela wspaniale. W finałowej rundzie jest bezbłędny. Zdobywa 25 punktów na 25 możliwych. Zdobywa srebrny medal. Tylko o jeden punkt jest lepszy Włoch Ennio Falco. Z kolei Polak o jeden punkt wyprzedza drugiego z Włochów Andreę Benellego.


Przypominam sobie, że dokładnie 40 lat temu w Melbourne w 1956 roku nasz sześciokrotny olimpijczyk Adam Smelczyński także przedzielił dwóch Włochów - Rossiniego i Ciceriego - w strzelaniu, z tym, że było to w trapie.


Jak się dowiaduję od Tadeusza Szamreja obaj z Rzepkowskim są zapalonymi myśliwymi i często rywalizują na wspólnych polowaniach o to, kto ustrzeli piękniejszego rogacza.


Medal Rzepkowskiego jest już trzecim medalem w strzelectwie zdobytym w Atlancie przez zawodników Śląska Wrocław. Reprezentanci tego klubu są bezkonkurencyjni w tej dyscyplinie. W historii olimpiad, w strzelectwie zdobyliśmy 10 medali, czego 6 zdobyli zawodnicy z Wrocławia, w tym 3 złote (Józef Zapędzki - 2 i Renata Mauer - 1).


W drodze na przystanek autobusowy, skąd chcę się udać na stadion olimpijski, przed McDonald'sem rozpoznaję rekordzistę świata na 10 000 m, reprezentanta Etiopii Haile Gebreselassie. Pamiątkowe zdjęcie jest w tym momencie nieuniknione. Jak zwykle w takim przypadku życzę sympatycznemu, filigranowemu Murzynowi powodzenia.


Gdy przybywam na stadion olimpijski, miejsc na widowni już nie ma. Wiadomo, dziś finały sprinterów. Trochę oblewa mnie zimny pot, gdy słyszę jak spiker prosi o zgłoszenie służbom porządkowym wszelkich przypadków zauważenia podejrzanych opakowań, toreb itp. pod zajmowanym miejscem. Przed finałami sprintów rozgrywany jest finał trójskoku. Wspaniały poziom i wielka niespodzianka. Prawie stuprocentowy faworyt, rekordzista świata Anglik Jonathan Edwards mimo bardzo dobrego wyników 17,88 m zdobywa "tylko" srebrny medal. Złoty przypada świetnie dysponowanemu reprezentantowi USA Kenny'emu Harrisonowi, który jako drugi człowiek na świecie przekracza 18 m i wynikiem 18,09 bije rekord olimpijski.


Wreszcie finały sprintu. Startują kobiety. Wraz ze strzałem startera publiczność wstaje z miejsc. Faworytki biegną obok siebie. Równocześnie na metę wpadają Gail Devers i Merlene Ottey. Czas identyczny - 10,94 sekundy. Gdyby to ode mnie zależało, przyznałbym dwa złote medale. Fotokomórka wskazuje na Amerykankę. Trzecia jest jej rodaczka Gwen Torrence.


Finał setki mężczyzn przejdzie do historii. Z powodu dwóch falstartów, wykluczony zostaje z biegu obrońca tytułu z Barcelony Linford Christie. Bardzo mi go żal, szczególnie gdy z płyty boiska chciał obserwować finał, jednak porządkowi chcieli go na siłę wyprowadzić do szatni.


Wspaniale wystartował Kanadyjczyk Donovan Bailey i pierwszy minął linię mety w czasie rekordu świata 9,84 sekundy. Podobnie jak w Barcelonie drugi jest reprezentant Namibii Frank Fredericks, a trzeci mój faworyt Ato Boldon z Trynidadu Tobago. Tak jak przewidywałem, nie mają nic do powiedzenia zbyt pewni siebie, wręcz buńczuczni Amerykanie. Jest to trzeci taki przypadek w historii olimpiad. Bez medali Amerykanie byli wcześniej w 1928 i 1976 roku, oczywiście nie licząc 1980 roku, kiedy nie startowali w Moskwie.


Dobrze spisuje się Urszula Włodarczyk w pierwszym dniu siedmioboju, ma szansę na medal. Już po 23 wracam do wioski olimpijskiej. Kierowca autobusu rozpoznaje po ubiorze, że jestem Polakiem. Po angielsku tłumaczy mi, że ma żonę z Polski i prosi mnie o jakąś pamiątkę. Na szczęście mam przy sobie kilka metalowych znaczków PKOl-u i z przyjemnością robię prezent Amerykaninowi.

28 lipca 1996 – dzień 13: Kibicowanie Arturowi Partyce

Pogoda nienajlepsza. Trochę pada. Wstaję dość wcześnie i udaję się na stadion olimpijski. Rano rozgrywany jest maraton kobiet z udziałem trzech Polek. Żadnych szans rywalkom nie daje reprezentanta Etiopii Fatuma Roba. Nieźle pobiegła Małgorzata Sobańska zajmując 11 miejsce.


Wracam do wioski. W czasie obiadu rozpoznaję doskonałego średniodystansowca z Algierii Noureddine Morceli. Jest on bez wątpienia najlepszym specjalistą średnich dystansów na świecie w ciągu ostatnich kilku lat. Jest on moim wielkim faworytem na 1500 m. Nie mogę uwierzyć w to, że z tak wielkim sportowcem mogę uścisnąć dłoń i zrobić zdjęcie.


Już w naszym budynku dowiaduję się o wyjątkowo miłych wiadomościach, jakie napłynęły z Savannah, gdzie rozgrywane są zawody w żeglarstwie. Otóż 21-letni Mateusz Kusznierewicz z Warszawy, startujący w klasie Finn, przed ostatnim startem ma zapewniony złoty medal. To chyba niemożliwe. Polska będzie miała pierwsze miejsce w żeglarstwie i to w najpopularniejszej klasie regatowej. Mateusz w pierwszych zawodach regatowych wystartował mając zaledwie 6 lat. Mimo młodego wieku, ma w swoim dorobku dwa tytuły mistrza Europy juniorów w klasie OK-Dinghy (1965 i 1966), dwa tytuły wicemistrza świata w tej samej klasie (1993 i 1994). Jego trenerem jest ojciec Zbigniew. Uważam, że Mateusz nie miał w zasadzie wyboru, musiał zostać żeglarzem, gdyż jego rodzice ślub brali na... jachcie.


Późnym popołudniem wyruszam w towarzystwie dość dużej grupy sportowców polskich na zawody lekkoatletyczne. Dzisiaj polska konkurencja - finał skoku wzwyż z udziałem trzech Polaków. Oprócz Artura Partyki w finałowej dwunastce są Przemysław Radkiewicz i Jarosław Kotewicz. Jak jesteśmy mocni w tej konkurencji świadczy najlepiej to, że każdy z pozostałych finalistów reprezentuje inny kraj.


Zajmujemy miejsca w sektorze znajdującym się za skocznią, więc widok mamy bardzo dobry. Faworytów jest kilku, wśród nich nasz Partyka. Poziom bardzo wysoki. Młodzi Polacy walczą ambitnie. Jarosław Kotewicz ostatecznie jest jedenasty, a Przemysław Radkiewicz dziesiąty z bardzo dobrym wynikiem 2,29. Tak jak przewidywałem nie ma nic do powiedzenia Javier Sotomayor zwany "Kotem z Limonares". Kontuzja daje znać o sobie. Czyżby to był koniec jego kariery?


Decydująca rozgrywka rozpoczyna się od wysokości 2,37 m. W konkurencji tej pozostali Artur Partyka, Steve Smith i Charles Austin. Artur jest trochę w złym położeniu, gdyż jest pierwszy na liście startowej. Wszyscy mają w pierwszych próbach zrzutki. W drugiej kolejce Artur we wspaniałym stylu pokonuje tę wysokość. Ma w tej próbie nawet kilka centymetrów nadwyżki. Rywale strącają i nie mając nic do stracenia rezygnują z trzech prób na tej wysokości. Ostatnie swoje próby przenoszą na wysokość 2,39 m. Zgodnie bowiem z regulaminem w przypadku gdy dwóch lub więcej zawodników skończy skoki na tej samej wysokości, wygrywa ten, kto ostatnią wysokość pokonał mniejszą ilością skoków. Wysokość 2,39 atakuje pierwszy Artur i minimalnie strąca. Anglik Steve Smith minimalnie zrzuca poprzeczkę. Jest więc co najmniej srebrny medal.


Na rozbiegu staje Austin. Widownia amerykańska oklaskami mobilizuje swojego zawodnika. Wreszcie rusza i dzieje się coś niesamowitego, po prostu "przepływa" nad poprzeczką. Na widowni szaleństwo. A my Polacy... też bijemy brawo. Artur wobec obowiązującego regulaminu nie ma wyjścia i prosi o podniesienie poprzeczki na 2,41 m. Polak walczy do końca, ale niestety dwukrotnie minimalnie strąca. Bijemy brawo tak jak cała widownia, ale bardzo mi żal Artura, tak bardzo chciał zdobyć złoty medal. No cóż, Charles Austin mający przydomek "Snake", czyli "wąż", okazał się lepszy od naszego "Świerszczyka".


Gdy następnego dnia spytałem Artura - może głupio - czy nie żal mu złotego medalu, powiedział, iż zrobił błąd, gdyż za szybko, bez należytego przygotowania i koncentracji podszedł do wysokości 2,39 m, która była w jego zasięgu. Później po udanej próbie Austina znalazł się w defensywie. Zmuszony był przyjąć warunki Amerykanina i ataki na 2,41 m były w zasadzie aktami desperacji.


Mimo że Arturowi do kolekcji brakuje ciągle złotego medalu, udowodnił startem w Atlancie, że nadal jest w światowej elicie skoczków wzwyż. Który z jego konkurentów w ciągu czterech lat zdobył kolejno brązowy medal olimpijski, brązowy medal mistrzostw świata, wicemistrzostwo Europy i wicemistrzostwo olimpijskie? Nie ma takiego.


Dzień olimpijski kończą siedmioboistki. Wielki dramat przeżyła Urszula Włodarczyk - zajmuje czwarte miejsce (do brązowego medalu zabrakło jej tylko 5 punktów). Wielka szkoda.


Jest prawie północ, gdy wracamy do wioski Olimpijskiej.

29 lipca 1996 – dzień 14: Fenomenalny Carl Lewis

Coraz bardziej pustoszeje nasz budynek. Kolejne grupy polskich sportowców odlatują do kraju. Nie ma już np. dżudoków, zapaśników stylu klasycznego, pływaków, szermierzy.


W godzinach rannych nieźle spisała się w chodzie na 10 km Katarzyna Radtke zajmując 7 miejsce. W turnieju bokserskim w walce o wejście do strefy medalowej odpada ostatni z Polaków Tomasz Borowski. Uważam, że Polak został wyraźnie skrzywdzony przez sędziów w walce z Turkiem Malikiem Beyleroglu. Mateusz Kusznierewicz zostaje oficjalnym mistrzem olimpijskim w klasie Finn.


W czasie obiadu w największej stołówce wioski olimpijskiej udaje mi się zapoznać z dwójką znakomitych sprinterów - Merlene Ottey z Jamajki oraz reprezentantem Wielkiej Brytanii Linfordem Christie, także rodem z Jamajki. Jestem pełen podziwu dla tych już 36-letnich sportowców. Dla Ottey jest to już 5. olimpiada, ciągle w wysokiej formie. Jest uważana za jedną z najładniejszych sportsmenek świata. Trochę jej mi żal, bo w dorobku ma 7 medali olimpijskich, niestety brak jej tego najważniejszego, czyli złotego. Również Christie zaznaczył się w historii sprintu "złotymi zgłoskami". W Seulu zdobył dwa srebrne medale (100 m, 4 x 100 m), natomiast w Barcelonie nie miał sobie równych w finale 100 m. Tu w Atlancie na zakończenie kariery przeżył osobisty dramat, który Opisałem wcześniej. Po olimpiadzie Linford kończy karierę i zostanie trenerem swojej rodaczki. Zdjęcie z tą dwójką wspaniałych sportowców będzie dla mnie jedną z najbardziej cennych pamiątek tej olimpiady.


Po południu udaję się na kolejne finały lekkoatletyczne. Stadion wypełniony do ostatniego miejsca, przecież dziś finał 400 m mężczyzn z udziałem Michaela Johnsona oraz skok w dal. Wcześniej finał 110 m przez płotki. Nie zawodzi mnie mój faworyt, mistrz świata Amerykanin Allen Johnson. Wynikiem 12,95 bije rekord olimpijski.


Po chwili finał 800 m kobiet. Faworytkami są Kubanka Quirot i reprezentantka Mozambiku Mutola. Obie rywalki pogodziła wspaniałym finiszem mało znana Rosjanka Swietłana Mastierkowa. Cieszę się ze srebrnego medalu Kubanki. Po tylu przeżyciach medal ten był ukoronowaniem jej ambitnego powrotu do sportu.


Zbliża się finał 400 m. Już w czasie przedstawienia zawodników stadion szaleje. Michael Johnson na nogach ma buty koloru złota. Ponoć do dyspozycji ma kilkadziesiąt par takiego obuwia. Jestem przekonany, że padnie rekord świata. Johnson od początku uzyskuje zdecydowaną przewagę. Jego styl biegania jest niepowtarzalny. Wygrywa zdecydowanie, prawie o sekundę przed Anglikiem Rogerem Blackiem. Niestety, do rekordu brakło 0,21 sekundy.


Trwa skok w dal. Wszyscy zadają sobie pytanie, czy Carl Lewis po raz czwarty zdobędzie złoty medal, a tym samym wyrówna osiągnięcie swego rodaka Ala Oertera, który w latach 1956, 1960, 1964 i 1968 wygrywał w rzucie dyskiem.


Podziwiam fenomenów sportów, trzymam kciuki, gdy skacze Carl Lewis. Mimo 35 lat King Carl udowadnia kto jest najlepszy. Jest to już jego 9 złoty medal (nadto ma jeden srebrny). (Tylko jeszcze troje sportowców, to jest Larysa Łatynina - gimnastyka, Paavo Nurmi - lekkoatletyka i Mark Spitz - pływanie, zdobyło w czasie swoich olimpijskich startów po dziewięć złotych medali). Wielki dramat przeżył w tej konkurencji rekordzista świata Amerykanin Mike Powell, nie zdobywając nawet brązowego medalu.


Na koniec zmagań lekkoatletycznych finał 10 000 m. Nie zawodzi mój "znajomy" Haile Gebreselassie z Etiopii. Przy okazji ustanawia nowy rekord olimpijski.


Koniec wspaniałych emocji, czas wracać do wioski.

30 lipca 1996 – dzień 15: Gdy królowa sportu ma przerwę...

Dziś dzień przerwy w zawodach lekkoatletycznych. Po śniadaniu w towarzystwie m.in. siatkarzy Andrzeja Stelmacha i Leszka Urbanowicza udajemy się metrem do położonej na peryferiach dzielnicy Atlanty - Dorville. Tu oczekuje na nas zaprzyjaźniony z polskimi siatkarzami Amerykanin i zabiera nas busem do oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów firmy Panasonic, gdzie chcemy zrobić - mamy nadzieję - tanie zakupy. Faktycznie Amerykanie proponują atrakcyjne ceny. Ja kupuję bezprzewodowy telefon tej firmy. Pozostali koledzy też zaopatrują się w atrakcyjny sprzęt. Przed obiadem wracamy do wioski olimpijskiej.


Wyjeżdża kolejna ekipa polskich olimpijczyków. Tym razem wioślarze. Trochę robi mi się smutno, gdyż zaprzyjaźniłem się z niektórymi z nich, a szczególnie z trenerem Jerzym Brońcem, który sam w przeszłości był trzykrotnym olimpijczykiem (1968, 1972 i 1976). Pocieszałem go nieraz po słabych występach naszych wioślarzy. Nie mógł zrozumieć dlaczego było tak słabo skoro plan przygotowań został wykonany w 100% . Na odjezdne Jerzy Broniec życzy mi wyjazdu na olimpiadę w Sydney w 2000 roku.


Jeszcze przed obiadem spotyka mnie miła, wspaniała niespodzianka. Z rąk Zbigniewa Pacelta otrzymuję pamiątkowy medal "Atlanta 1996", który ufundował Komitet Organizacyjny Igrzysk dla wszystkich oficjalnych członków każdej ekipy narodowej.


Dowiaduję się, że wielka tragedia dotknęła naszego kolarza Zenona Jaskułę. W czasie treningu na drodze poza wioską olimpijską został potrącony przez samochód prowadzony przez kobietę. Doznaje skomplikowanego złamania nogi. Koniec marzeń na dobry start w jeździe indywidualnej na czas.


Po południu rozgrywany jest pięciobój nowoczesny - dyscyplina, w której święciliśmy tak wielkie sukcesy w Barcelonie. Obecnie jednak regulamin rozgrywania tej dyscypliny zmienił się diametralnie. Nie ma już konkurencji drużynowej, a zawody w konkurencji indywidualnej rozgrywane są w ciągu jednego dnia.


Po zaciętej walce wygrywa reprezentant Kazachstanu Aleksander Parygin. Bardzo dobre piąte miejsce zajął młody zawodnik Legii Warszawa Igor Warabida. Po powrocie z zawodów mój znajomy - prezes pięcioboju nowoczesnego Stefan Grzegorczyk powiedział, że gdyby nie słabe strzelanie, Warabida miałby olimpijski medal. Dodał jednak, że jest pewny, iż przyszłość należy do Polaka, który ma szansę zdobyć złoty medal w Sydney, o ile tylko MKOl nie wycofa tej dyscypliny z programu igrzysk olimpijskich.


Miłe wiadomości napływają z toru kajakowego na jeziorze Lanier. Wszystkie polskie osady kwalifikują się do półfinałów. Tadeusz Wróblewski - prezes kajakarstwa - jest przekonany, że Polacy zdobędą w tej dyscyplinie 2 złote medale. Obecny przy rozmowie Stefan Grzegorczyk ostrzega go przed hurraoptymizmem, przypominając, aby z Piotrem Markiewiczem nie było tak samo jak przed laty było z Grzegorzem Śledziewskim. Piotr Markiewicz jest dwukrotnym mistrzem świata z 1995 roku. Grzegorz Śledziewski również w latach przedolimpijskich (1971 i 1975) był mistrzem świata, jednak na olimpiadach nigdy nie było mu dane zdobyć choćby brązowego medalu. Mam nadzieję, że ta historia nigdy nie spotka Piotrka Markiewicza.


Dobiega końca 11 dzień zmagań olimpijskich. Pierwszy dzień bez medalu dla Polaków.

31 lipca 1996 – dzień 16: Och, jaki byłem zły na siebie...

Znów pochmurnie.


Dziś w porannych zawodach lekkoatletycznych startuje nasz dziesięcioboista Sebastian Chmara. Oczywiście do faworytów nie należy.


W telewizji oglądam walkę Marka Garmulewicza w kategorii 100 kg w zapasach stylu wolnego. Marek jest aktualnym mistrzem Europy. Myślę, że właśnie on powiększy dorobek medalowy zapaśników tu w Atlancie. Niestety, reprezentant Iranu Abbas Jadidi jest lepszy.


Jeszcze przed obiadem w pobliżu McDonald'sa spotykam znanego tenisistę Chorwata Gorana Ivanisevica. Z telewizyjnych przekazów pamiętam go jako zawodnika bez uśmiechu, złego na wszystko, nawet na siebie, gdy mu coś nie wychodzi. Tymczasem Goran okazuje się sympatycznym człowiekiem, chętnym do rozmowy. Jeszcze raz się przekonuję, że zawodnik w czasie walki sportowej jest często całkiem innym człowiekiem niż poza nią.


Po obiedzie wyruszamy na stadion olimpijski. Dziś kolejne finały lekkoatletyczne. Autobus wiozący nas, zawsze wcześnie - około 1 km przed stadionem - zatrzymuje się przy obiekcie treningowym o nazwie Cheaney. Tu przeważnie wysiadają lekkoatleci celem przeprowadzenia rozgrzewki przed oczekującymi ich występami na stadionie głównym. Moja akredytacja w zasadzie nie pozwala mi przebywać na obiektach treningowych, chociaż myślę, że nic by mi nie zrobiono. Widzę, że z sąsiedniego autobusu wysiada świetna francuska lekkoatletka rodem z Gwadelupy, Marie- Jose Perec. Według mnie urodą niewiele ustępuje Merlene Ottey. Chcę wyjść z autobusu, aby zrobić zdjęcie. Moment się jednak zawahałem i autobus ruszył. Był to mój straszny błąd, o którym będę pamiętać już do końca życia. Bo nie dość, że już do końca olimpiady nie udało mi się spotkać doskonałej Francuzki (która jako druga kobieta na jednej olimpiadzie zdobyła złote medale na 200 i 400 m, pierwszą była Amerykanka Valerie Brisco-Hooks w 1984 roku), to po chwili, gdy autobus ujechał zaledwie kilkanaście metrów, zauważyłem stojącego opartego o płot wielkiego Carla Lewisa, Boże, mogłem mieć zdjęcie życia. A tak pozostał tylko żal. Och, jaki byłem zły na siebie.


Na stadionie olimpijskim kilka niespodzianek. W biegu na 400 m przez płotki faworyzowane Amerykanki Kim Batten i Tonyę Buford-Bailey pogodziła zawodniczka z Jamajki Deon Hemmings. W biegu na 800 m mężczyzn koalicję biegaczy afrykańskich pokonuje niespodziewanie Norweg Vebjorn Rodal. W trójskoku kobiet pewnie wygrywa reprezentantka Ukrainy Inessa Krawiec. Natomiast w rzucie dyskiem mężczyzn wygrywa zdecydowanie faworyt, reprezentant Niemiec Lars Riedel bijąc rekord olimpijski wynikiem 69,40 m.

1 sierpnia 1996 – dzień 17: Byłem świadkiem biegu XXI wieku

Pogoda fatalna tylko rano. Po obfitych opadach deszczu szybko się wypogadza.


Gdy wracam ze śniadania przed naszym budynkiem spotykam powracającego z porannego treningu naszego chodziarza Roberta Korzeniowskiego. Jutro jego koronna konkurencja. W holu budynku udaje mi się trochę porozmawiać z sympatycznym zawodnikiem - każe zwracać się do siebie po imieniu. Robert pochodzi z Lubaczowa. Lekkoatletykę zaczął uprawiać w MKS Tarnobrzeg, a następnie studiując reprezentował barwy AZS-AWF Katowice. Za największe swoje osiągnięcia uważa dwukrotne wygranie Uniwersjady oraz zdobycie brązowego medalu na mistrzostwach świata w 1995 roku - na 50 km. O Barcelonie nie chce nawet wspominać, wiadomo - dystansu 20 km nie ukończył, natomiast w chodzie na 50 km został zdyskwalifikowany tuż przed metą i to w momencie, gdy znajdował się na drugiej pozycji.


Robert do olimpiady przygotowywał się m.in. we Francji w słynnym ośrodku Font Romeu. W okresie przygotowawczym przeszedł prawie 6000 km. Rozstając się mówię, że będę trzymał za niego kciuki i życzę powodzenia.


Po południu jak zwykle jadę na lekkoatletykę. Dziś kolejne finały, w tym fantastycznie zapowiadający się bieg na 200 m kobiet i mężczyzn. Czy Marie-Jose Perec i Michael Johnson zdobędą swoje drugie złote medale? Na widowni świetna atmosfera. Co chwilę publiczność demonstruje "meksykańską falę".


Pierwszy z wielkich finałów. Bieg na 400 m przez płotki mężczyzn. Od początku prowadzi najlepszy zawodnik tego sezonu Amerykanin Derrick Adkins i wygrywa wyraźnie przed reprezentantem Zambii Samuelem Matete. Również w biegu na 100 m przez płotki kobiet wygrywa faworytka Ludmiła Engquist ze Szwecji. Do niedawna startowała w barwach Rosji pod nazwiskiem Narożylenko. Była zdyskwalifikowana za stosowanie dopingu.


Zbliżają się finały 200 metrów. Moja faworytka Merlene Ottey wystartowała wspaniale i prowadziła zdecydowanie, gdy nagle na ostatnich metrach jakby stanęła w miejscu i została wyprzedzona przez równo biegnącą Marie-Jose Perec. Chciałoby się powiedzieć "jednym radość, drugim smutek".


Stadion huczy, gdy wychodzą na bieżnię finaliści 200 m mężczyzn. Wiadomo - startuje bożyszcze Amerykanów Michael Johnson. Jeszcze przed strzałem startera wszyscy ludzie wstają, jakby przeczuwali, że będzie się działo coś niesamowitego. Michael rusza w takim tempie jakby dystans wynosił tylko 50 m. Jego "kaczkowaty" styl biegania jest niepowtarzalny. Już po kilkunastu metrach dogania biegnącego przed nim Franka Fredericksa. Stadion skanduje, Johnson "połyka" kolejne metry. Meta. Czas fantastyczny: 19,32. Lepszy od poprzedniego rekordu ustanowionego przez niego na tym samym stadionie przed miesiącem aż o 0,34 sekundy. Szokujący rekord, osiągnięty wynik jest trudny do oceny w skali ludzkich możliwości. Pierwszą setkę przebiegł Johnson w 10,12 sekundy, a drugą w nieprawdopodobnym wręcz czasie 9,20. Zdeklasowani Frank Fredericks i Ato Boldon osiągają również świetne wyniki: 19,68 i 19,80 sekundy. Aż trudno uwierzyć, że byłem naocznym świadkiem tego biegu już - moim zdaniem - XXI wieku.


Do historii olimpiad przejdzie niewątpliwie Frank Fredericks jako wiecznie drugi, gdyż zarówno w Barcelonie, jak i tu w Atlancie był drugi na 100 i 200 metrów. Z pewnością te cztery srebrne medale wymieniłby na połowę złotych. 


Dobiegają końca zmagania dziesięcioboistów. Pewnie wygrywa faworyt Amerykanin Dan O'Brien bijąc rekord olimpijski wynikiem 8824. Nasz Sebastian Chmara chociaż jest dopiero 15, wynikiem 8249 bije rekord Polski. Jeżeli chce wejść do czołówki światowej, musi przede wszystkim poprawić konkurencje siłowe.


Koniec zmagań. Wracam do wioski olimpijskiej.

2 sierpnia 1996 – dzień 18: Mazurek Dąbrowskiego dla Korzeniowskiego

Mimo że poszedłem późno spać, wstaję wcześnie, gdyż w godzinach rannych rozgrywany jest chód na 50 km z udziałem Roberta Korzeniowskiego. Start nastąpił o 7 rano. Na stadionie trwają eliminacje sztafet. Na dużym ekranie co chwilę przekazywane są migawki z trasy chodu. Robert cały czas idzie w czołówce. Cały czas myślę o tym, aby nie miał ostrzeżeń. Na około 6 km przed metą Polak zaatakował i oderwał się od idących z nim w czołówce Hiszpana Massany i Meksykanina Garcii. Do mety coraz bliżej, a Robert wyraźnie prowadzi. Wspólnie z polskimi 400-metrowcami przedzieramy się przez sektory, aby być jak najbliżej mety. Wreszcie Polak pojawia się na stadionie. Skandujemy jego imię, gdy Robert mija linię mety, jestem 5-6 m od niego i robię zdjęcie. Wracam do naszego sektora, aby pogratulować prezesowi PZLA Czesławowi Ząbeckiemu. Ściskamy się i wzruszam się, gdy widzę łzy w oczach tego prawie 60-letniego człowieka, który już od ponad 30 lat działa w tej dyscyplinie. Szesnaście lat musiał czekać na ten medal od ostatniego złotego medalu Bronisława Malinowskiego z Moskwy w 1980 roku. Jego ukochana dyscyplina znów jest najbardziej medalową dyscypliną wśród naszych sportów olimpijskich (16 złotych, 16 srebrnych i 12 brązowych). Wyprzedziła boks.


Gdy już mam wychodzić ze stadionu, rozpoznaję dwukrotnego srebrnego medalistę z Atlanty (400 m i 4x400 m) Anglika Rogera Blacka, od wielu lat najlepszego Europejczyka na jedno okrążenie. W czasie obiadu niespodziewanie obok mnie siada Hiszpan Fermin Cacho - obrońca tytułu na 1500 m z Barcelony. Po wspólnym zdjęciu ściskam dłoń Hiszpana i żegnam go słowami "good luck".


Już w naszej misji dowiaduję się o wielkiej niespodziance, jaką sprawiły nasze łuczniczki zdobywając brązowe medale. Trzykrotna olimpijka Joanna Nowicka wspólnie z Iwoną Dzięcioł i Katarzyną Klatą w walce o trzecie miejsce wyraźnie pokonały zawodniczki z Turcji. Jest to już nasz szesnasty medal, a w zanadrzu jeszcze kajakarze.


Po obiedzie ponownie wyjeżdżam na stadion olimpijski. Dziś kilka kolejnych finałów, no i oczywiście dekoracja medalistów chodu na 50 km. Stadion jak zwykle wypełniony jest do ostatniego miejsca. Rozpoczyna się skok o tyczce, niestety bez "wielkiego" Siergieja Bubki, a zatem wyników ponad 6 m nie będzie. W pchnięciu kulą kobiet też nie liczę na wielkie wyniki, a przyczyną tego jest... zaostrzona kontrola dopingowa. Trwa także skok w dal kobiet, a wśród uczestniczek nasza Urszula Włodarczyk.


Około 18:30 na płytę stadionu wchodzą chodziarze. Wspaniała dla nas Polaków chwila. Na najwyższym podium Robert Korzeniowski, obok niego Rosjanin Michaił Szczennikow i Hiszpan Valentin Massana. Przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego polska flaga wędruje na najwyższy maszt. Z grupką polskich zawodników drżącym głosem śpiewamy nasz hymn. Jest to już dla mnie piąta dekoracja Polaka złotym medalem. Medal Roberta jest zarazem naszym 50. złotym medalem olimpijskim.


W kuli zdecydowanie wygrywa Niemka Astrid Kumbernuss pamiętająca jeszcze czasy byłej NRD. W skoku w dal duże szanse na medal ma Urszula Włodarczyk. Niestety, na sześć prób aż cztery spalone i ostatecznie z wynikiem 6,90 m jest szósta. W jednym ze spalonych minimalnie skoków uzyskała wynik 7,16 m, a więc od 4 cm dalej niż złota medalistka Nigeryjka Chioma Ajunwa. W ostatniej próbie skokiem rozpaczy brązowy medal zdobyła zbliżająca się do końca kariery, lekko kontuzjowana lekkoatletka Jackie Joyner-Kersee.


Szkoda mi naszej zawodniczki, która pamięta jeszcze olimpiadę w Moskwie w 1980 roku, gdzie startując pod panieńskim nazwiskiem Jaroszek wspólnie z koleżankami zdobyła 7. miejsce w gimnastyce w konkurencji zespołowej. W Seulu i Barcelonie występowała w finałach skoku w dal. Chciała ukoronować swój czwarty start olimpijski medalem - niestety, nie udało się.


W skoku o tyczce pod nieobecność Bubki niespodziewanie wygrał mało znany Jean Galfione wynikiem 5,92 m.


Do wioski wracam w towarzystwie znanych tyczkarzy Kazacha Potapowicza i Rosjanina Boczkariewa, złotej medalistki w rzucie dyskiem Niemki Wyluddy oraz jej rodaczki złotej medalistki w rzucie oszczepem Renk. Już późno, zaczynam się trochę pakować, gdyż zbliża się wyjazd.

3 sierpnia 1996 – dzień 19: Pożegnanie ze Stadionem Olimpijskim

Wstaję o 6 rano. Po śniadaniu wspólnie ze Stefanem Grzegorczykiem oraz lekarzem siatkarzy Wiesławem Maroniem udajemy się autobusem do oddalonej o około 100 km od Atlanty miejscowości Gallsoville, gdzie na jeziorze Lanier znajduje się tor kajakowy. Dziś są rozgrywane zawody na dystansie 1000 m oraz K4 kobiet na 500 m.


Wśród kibiców rozpoznaję wicepremiera Grzegorza Kołodkę, który jak się okazuje jest zagorzałym kibicem sportowym. W Ameryce jest dopiero od dwóch dni. Pan premier chętnie pozuje ze mną do zdjęcia, które wykonuje jego córka. Jest też okazja do zdjęcia z grupą kibiców kanadyjskich i włoskich, którzy przyjechali dopingować swoich zawodników.


Wśród kibiców węgierskich rozpoznaję słynnego pływaka Tamasa Darnyi. Jest to najsłynniejszy pływak w historii olimpiad w stylu zmiennym. W Seulu i w Barcelonie nie miał sobie równych na 200 i 400 m w tym stylu. Ma w dorobku dziesiątki medali z mistrzostw świata i Europy. W dzieciństwie stracił lewe oko. Mimo to doszedł do wspaniałych wyników sportowych. Zdjęcie z Darnyi wykonuje znany szablista węgierski Jozsef Navarette rodem z Kuby.


W dniu dzisiejszym startują dwie polskie osady. Liczymy na co najmniej jeden medal. Niestety, zarówno dwójka Białkowski-Kotowicz oraz czwórka Kaleta-Markiewicz-Witkowski-Wysocki zajmują czwarte miejsca. Może na dystansie 500 m będzie lepiej.


Około 13 wracamy do wioski olimpijskiej.


Przed wyjazdem na stadion olimpijski tradycyjnie - tak jak w każdą niedzielę - udaję się na mszę świętą. Mszę odprawia 5 księży, a w kościele jest 22 wiernych.


Dziś na stadionie olimpijskim ostatnie finały lekkoatletyczne. W biegu na 1500 m kobiet swój drugi złoty medal zdobywa Swietłana Mastierkowa. Niestety, startujące w finale Polki nie odgrywają większej roli. Małgorzata Rydz jest ósma, a opolanka Anna Brzezińska dwunasta.


Swoją klasę w skoku wzwyż potwierdza Bułgarka Stefka Kostadinowa bijąc rekord olimpijski wynikiem 2,05 m. Wielką niespodziankę sprawia Greczynka, mało znana Niki Bakogianni, zdobywając srebrny medal. Siedzący nieopodal mnie Grecy cieszą się jak dzieci.


Obie sztafety wygrywają Amerykanki. Na 1500 m mężczyzn najlepsi są moi znajomi Noureddine Morceli przed Ferminem Cacho, a w rzucie oszczepem mój faworyt Czechosłowak Jan Żelezny.


Wielka niespodzianka w sztafecie 4x100 m mężczyzn: faworyzowanych Amerykanów "ogrywają" Kanadyjczycy. Szkoda, że w składzie sztafety amerykańskiej nie biegł Carl Lewis. Myślę, że z jego udziałem Amerykanie mieliby szansę wygrać.


W sztafecie 4x400 m dobrze wypadli Polacy - Rysiukiewicz, Jędrusik, Haczek i Maćkowiak - zajmując 6. miejsce.


Kończą się zmagania, żegnam się w myślach ze stadionem olimpijskim i wracam do wioski. Kończę pakowanie i kładę się spać.

4 sierpnia 1996 – dzień 20: To trzeba było przeżyć...

Wstaję około 6. Udaję się do McDonald'sa na ostatnie śniadanie w wiosce olimpijskiej. Gdy wracam przed polskim budynkiem jest już podstawiony autobus, który udajemy się na lotnisko. W grupie wyjeżdżającej dzisiaj są m.in. Stefan Grzegorczyk, Czesław Ząbecki, łuczniczki ze swoimi trenerami, trenerzy kolarstwa, lekkoatleta Haczek. Opuszczamy wioskę. Cieszy mnie to, że wracamy do kraju. Z drugiej strony opanowuje mnie wielki smutek, że to już koniec olimpiady. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie mi dane przebywać jeszcze w wiosce olimpijskiej.


Po kilkunastu minutach jesteśmy na lotnisku Hartsfield, drugim co do wielkości porcie lotniczym świata. Oczekując na odprawę, wśród podróżnych rozpoznaję dwukrotną złotą medalistkę z Atlanty Amerykankę Gail Devers. W ten oto sposób jeszcze jedno zdjęcie z gwiazdą światowego sportu trafiło do mojej kolekcji.


Z bojaźnią - ale nie ma innego wyjścia - zajmuję miejsce w samolocie American Airlines. Po niespełna 90 minutach lotu lądujemy w Chicago. Na lotnisku O'Hare oczekują nas przedstawiciele Polonii amerykańskiej, którzy chcą zagospodarować nam siedem godzin oczekiwania na odlot do Warszawy.


Autobusem zostajemy przewiezieni do polskiego ośrodka, gdzie odbywa się wielki piknik zorganizowany przez rodaków. Jesteśmy witani niczym bohaterowie narodowi. Nie zabrakło tradycyjnego "sto lat". Zespół muzyczny gra znane polskie przeboje. Nie brakuje polskiego bigosu i pierogów. Poznaję ludzi pochodzących z Torunia, Dzierżoniowa, Nowego Targu, Wrocławia. Nie jest im łatwo tu na obczyźnie. Czuję, że wielu z nich bardzo chętnie zamieniłoby się ze mną, aby móc wrócić do Polski. Wspaniała atmosfera trwa, czuję się jakbym był na jakimś festynie sportowym gdzieś w pobliżu Kluczborka. Młodzi chłopcy grają mecz piłkarski, starsi tańczą. Czas niestety nieubłaganie płynie i musimy już jechać na lotnisko. Z Polonusami na pożegnanie odśpiewujemy Mazurka Dąbrowskiego - och niejedna łza popłynęła - i odjeżdżamy na lotnisko.


W Polsce już poniedziałek, gdy nasz samolot Boeing 767 startuje do Warszawy. Lot potrwa ponad 9 godzin, a zatem jest sporo czasu, aby przypomnieć sobie to, co przeżyłem w ciągu tych wspaniałych 20 dni w Atlancie. Zdaję sobie sprawę, że koszt mojego pobytu na olimpiadzie w Atlancie wyniósł około 20 tysięcy dolarów. Już z tego względu uzmysławiam sobie, że jednak warto było przez prawie 30 lat zagłębiać się w tajniki sportu, w szczególności w jego historię i aktualne wydarzenia.


Jestem przekonany, że nigdy żadnemu zwykłemu kibicowi w Polsce, a nawet na świecie nie było dane przeżyć to, co ja przeżyłem, a w szczególności brać udział w defiladzie otwarcia, mieszkać w wiosce olimpijskiej, poznać osobiście znakomitych sportowców, działaczy, trenerów itp. Byłem traktowany jak każdy olimpijczyk. Czy to można sobie wyobrazić? Nie. To trzeba było przeżyć. Ja to przeżyłem, a mimo wszystko trudno mi w to uwierzyć. Jest także czas na refleksję co dalej. Nie ma wątpliwości, jeżeli tylko Polski Komitet Olimpijski zorganizuje kolejną edycję teleturnieju "Na olimpijskim szlaku" i jeżeli regulamin nie zabroni mi startu, zrobię wszystko, aby wypaść jak najlepiej. Oczywiście marzeniem byłoby kolejne zwycięstwo. Może główną nagrodą będzie wyjazd na olimpiadę do Sydney w 2000 roku?


Powoli lot dobiega końca, zbliżamy się do Warszawy. Pilot zapowiada lądowanie. Już widać Warszawę, gdy nagle pilot ogłasza, że będziemy "kołować" około 15 minut, bowiem pas, na którym mamy wylądować, jest zajęty. W mój umysł wkrada się lekki niepokój, bo przecież w Warszawie aż tak często nie lądują samoloty, a nasz samolot jako najcięższy z prawie 250 osobami na pokładzie powinien mieć chyba pierwszeństwo. Mija 30 minut, a my dalej jesteśmy w powietrzu. Nikt nic do nikogo nie mówi, ale każdy wie, że chyba coś jest nie tak. Przez moją głowę przebiega tysiące myśli. Człowiek myśli o najgorszym. Spojrzenia współpasażerów też świadczą, że opanował ich strach. Ileż ja wtedy zmówiłem "Zdrowaś Maryjo"?


Wreszcie po około 50 minutach krążenia pilot zapowiada lądowanie. Gdy szczęśliwie wylądowaliśmy, ludzie biją wielkie brawa. Czuję się jakbym znów był na stadionie olimpijskim, a ktoś przed chwilą ustanowił fantastyczny rekord świata na miarę XXI wieku. Żegnamy się z załogą i opuszczamy samolot. Po powitaniu przez przedstawicieli PKOl-u czas wracać do Kluczborka. Tak dobiegła końca moja eskapada do ATLANTY.


P.S. Kilka tygodni po zakończeniu olimpiady otrzymałem drogą pocztową podpisany przez Juana Antonio Samarancha i Williama-Portera Payne'a dyplom w języku angielskim i francuskim. Przewodniczący MKOl-u oraz Przewodniczący Komitetu Organizacyjnego Igrzysk w Atlancie złożyli mi podziękowania za udział w olimpiadzie i przyczynienie się do jej sukcesów.


sokolowski Podziękowanie od Samarancha i Payne'a wisi na ścianie w gabinecie Adama Sokołowskiego na honorowym miejscu (z lewej)


RK
sokolowski_puchary_76-20.jpg
rio.jpg


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty