Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Główna środek > Ekstraklasa
RYSZARD NIEMIEC o latach minionych: Ani Wisła nie była segmentem ZOMO, ani Cracovia nie pozostawała ofiarą systemu!2011-08-09 22:31:00 Ryszard Niemiec

LEKCJA GIMNASTYKI (96)

Nie dać się stereotypom!


Na wstępie warto ustalić tak zwaną oczywistą oczywistość... Po to chociażby, aby odsiać ziarna prawdy od plotek, złośliwych pomówień i zwyczajnych kłamstw, a tym samym ustanowić na nowym poziomie kibicowski spór o wyższości moralnej zawartej w przeszłości najstarszych polskich klubów.

Debata na ten temat dostała ostrogę w postaci stanowiska Klubu Zasłużonego Piłkarza Krakowa, domagającego się od administracji stadionu Cracovii zaprzestania rozpowszechniania utworu muzycznego Macieja Maleńczuka, uznawanego za aktualny hymn tego klubu. Petycja, pod którą podpisali się byli znakomici zawodnicy, zarówno wiślacy, jak pasiaki (m.in. Henryk i Zbigniew Stroniarzowie, Andrzej Mikołajczyk, Janusz Sputo, Arkadiusz i Dominik Kubikowie, Mieczysław Kolasa, Adam Musiał, Henryk Maculewicz, Ryszard i Artur Sarnat, Ryszard Budka, Ireneusz Adamus, Kazimierz Kościelny, Marek Kusto, Andrzej Sykta). Sygnatariusze apelu zwracają uwagę na niezwykle prowokacyjny fragment tekstu Maleńczuka, w którym zawarta jest sugestia o milicyjnej przeszłości Wisły ("nigdy nie zejdę na psy!”).

Jak uczy paroletnie doświadczenie, wykonywane przez kibiców Cracovii wersy hymnu, budzą aurę nienawiści, pogardy i wrogiego amoku do konkurencji z drugiej strony Błoń. Na twarzach najbardziej nobliwych starszych panów pojawia się iście apopleksyjna, negatywna emocja, w żadnym razie nie przystająca do ducha rywalizacji opisanego w dżentelmeńskich zasadach fair play. Po wykonaniu owej rozgrzewającej uwertury wokalnej, jest tylko krok do chóralnego wezwania „jebania Wisły”, przechodzącego w wytykanie rywalowi statusu „starej kurwy”...

Grono wybitnych zawodników, pamiętających czasy iście romantycznych relacji miedzykibicowskich uznało, że emitowana przez stadionowe gigantofony pieśń nie ucierpiałaby na swych walorach poetyckich i muzycznych, gdyby zamiast inkryminowanych wersów wstawić treści niejątrzące. Dalej idąca sugestia zakłada po prostu zaprzestanie wykonywania utworu bez tej finałowej zwrotki... Jak dotąd, oficjalne pismo skierowane do władz Cracovii nie spotkało się z żadną reakcją, natomiast indagowany na okoliczność podobnych żądań pod swoim, autorskim adresem Maciej Maleńczuk, nie wyobraża sobie jakichkolwiek ingerencji w lity tekst hymnu. Milczy również Wydział Dyscypliny i kolejni delegaci PZPN na mecze przy ulicy Kałuży. Budzenie i grzanie nienawiści trwa w najlepsze, przy nieukrywanej, faryzejskiej satysfakcji sterników Cracovii. Przerywane jest one na krótko, jedynie wtedy, gdy z kibolskich, krwawych porachunków, wyłoni się kolejna śmiertelna ofiara, a nowa trumna powędruje do piachu nakryta szalikiem w pasy...

Kraków żyje od politycznego przełomu 1989 roku w zafałszowanym opisie przedwojennej i powojennej historii obu klubów. Ten pierwszy animuje już jedynie przedstawicieli pokolenia odchodzącego, nie mającego wpływu na to, co się dzieje na stadionach, ulicach i murach Krakowa. Istotą sporu jest natomiast sytuacja Wisły i Cracovii po roku 1949, czyli w czasach realizowania sowieckiego modelu organizacji sportu w naszym kraju. Obowiązuje w tej kwestii silny stereotyp o Wiśle, jako beneficjencie i pupilku władzy ludowej, której przez cztery dekady nie brakowało do szczęścia ptasiego mleka, i o Cracovii jako wiecznego pariasa, z perfidią prześladowanego, utrącanego sportowo i materialnie.

Ukoronowaniem tak krzywdzącego układu miał być finałowy turniej o Puchar Polski w koszykówce w roku 1952. Po porażce w derbowym meczu działacze ówczesnej Gwardii przy pomocy funkcjonariuszy UB sterroryzowali sędziów, którzy fałszując w nocy protokół, na drugi dzień nakazali powtórkę zawodów. Ten niewątpliwie prawdziwy incydent, ewidentnie polegał na nadużyciu przez instytucję, której wszechwładza zaciążyła nad pierwszą dekadą powojnia. Stał się symbolem, a jego wymowa w miarę upływu lat wzmagała status Cracovii jako męczennika. Gwoli historycznej sprawiedliwości należy zauważyć, że gwardyjskość Wisły nigdy nie obezwładniła tradycji klubu cywilnego! Tu, w Krakowie, nie mogło dojść i nie doszło do kompletnego zawładnięcia jej struktur przez aparat MO i SB. Działacze spoza budynków przy Placu Szczepańskim i Mogilskiej nie dali się zmajoryzować, a w niektórych sekcjach wręcz dominowali. Tacy ludzie jak profesorowie Jan Janowski, Andrzej Sadok, że wymienię tych dwóch spośród licznego grona pracowników nauki AGH, Stanisław Voigt, Zygmunt Jaśko, Józef Kossobudzki-Orłowski (powstaniec warszawski!), mecenas Kosek i wielu, wielu innych, zrobili wszystko, by z Wisły nie powstała prosta replika Dynama Moskwa, czy Tbilisi.

Z mojego zawodniczego doświadczenia zapamiętałem inicjatywy ówczesnego wiceprezesa Wisły, wspomnianego Jana Janowskiego. Polegały na organizacji nieoficjalnych spotkań towarzyskich zawodników krakowskich klubów ligowych w baskecie. Mówiło się w nich o ocieplaniu i cywilizowaniu rywalizacji na parkiecie i poza nim. Na przestrzeni lat minionych parokrotnie mieliśmy do czynienia z ewidentnie pomocowymi, piłkarskimi transferami z Wisły do Cracovii. Tak było, kiedy na drugą stronę Błoń przenosił się Zdzisław Mordarski, Janusz Surowiec, Krzysztof Gacek, Marek Holocher, a nawet Kameruńczyk Guy Armand Foutchine... Ten ostatni, wypożyczony z Wisły, pozostawał na jej utrzymaniu, ze względu na pustki w kasie pasiaków.

Wbrew opisywanemu tu stereotypowi, to nie Wisła bynajmniej okazała się nadgorliwością w publicznym popieraniu posunięć władzy ludowej w polityce wewnętrznej czy zewnętrznej. Oto już w roku 1949 piłkarze mistrzowskiej Cracovii: kapitan drużyny Edward Jabłoński i bramkarz Henryk Rybicki, publicznie, na łamach Gazety Krakowskiej skrytykowali antypolską politykę Watykanu („gdzie był papież, kiedy w Oświęcimiu ginęli polscy księża?...”). Utarło się, że niepowodzenia piłkarzy pasiaków po roku 1954 to efekt odgórnej niechęci wobec nich... Tymczasem na samej górze drabiny politycznej przez ćwierćwiecze siedział nie kto inny, jeno wielki kibic Cracovii, premier PRL-owskich rządów, Józef Cyrankiewicz! Do niego jeździły delegacje z prośbą o skuteczne wpłynięcie na ówczesnego ministra sportu Reczka - trzeba trafu, wielkiego miłośnika pasów - aby ten ruszył dotacyjną kieszenią. I ruszał, a jakże, kiedy należało...

A, że po Październiku 1956, na fali tak zwanej odnowy życia politycznego, Cracovia usiłowała wymusić na delegatach powrót do ekstraklasy na zasadzie uchwały zjazdu PZPN, błyskawicznie zakwalifikowano to jako jeszcze jedną krzywdę wołającą o pomstę do nieba. Na realnej natomiast pretensji oparta jest krzywda Wisły z sezonu 1951. Wiadomo było, że jako mistrz z dwu poprzednich sezonów pozostaje ewidentnym faworytem rozgrywek, więc aby ją utrącić, uchwalono w PZPN, że tytuł mistrzowski w tym roku dostanie zwycięzca rozgrywek pucharowych (w tym przypadku Ruch Chorzów).

Wiem, że to co piszę, nie mieści się w obowiązującym kanonie poprawności politycznej, aliści musi być ona pominięta, jeśli chcemy z czasem doprowadzić do pokoju bożego między zwolennikami obu klubów, zwaśnionych bez głębszych przyczyn. Niedawno dokonywałem kwerendy krakowskich dzienników z lat minionych. Za każdym spadkiem Cracovii z I lub II ligi, odnajdywałem informację prasową o posiedzeniach partyjnych gremiów, wojewódzkiego, miejskiego, dzielnicowego, których tematem były formy pomocy dla zasłużonego klubu! Podsumowując... Ani Wisła nie była segmentem ZOMO, ani Cracovia nie pozostawała ofiarą systemu, co warto zapamiętać raz na zawsze!

Ryszard Niemiec

(GAZETA KRAKOWSKA)


Ryszard Niemiec


REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty