Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Piłka nożna > Archiwum > 2009/2010 > Małopolska
Siekliński: Futbol jest sztuką ataku2010-03-18 21:28:00

Szreniawa Nowy Wiśnicz wyrasta na nową siłę w małopolskiej piłce nożnej. Zaczyna rundę rewanżową w IV lidze w odmienionym składzie i z planem wywalczenia awansu. - Szanujemy każdego rywala, ale się nie boimy. Jesteśmy gotowi do walki o najwyższe cele - mówi w rozmowie z portalem sportowetempo.pl trener Szreniawy DARIUSZ SIEKLIŃSKI. W wywiadzie także o nowych wyzwaniach, filozofii futbolu i niewygasającym sentymencie do Hutnika.


Dariusz Siekliński, Szreniawa / fot. Jacek Kwiatkowski

 

 

- Kibice piłkarscy pamiętają Pana jeszcze z czasów, kiedy z powodzeniem prowadził Pan III-ligową wówczas Proszowiankę. Później słuch o Panu zaginął. Co się stało?

DARIUSZ SIEKLIŃSKI: - Znając realia tamtego futbolu, po prostu przestałem mieć ochotę na pracę z seniorami. To był mój świadomy wybór i nigdy nie żałowałem tej decyzji. Miałem czas, żeby do pewnych spraw nabrać dystansu. Oddałem się pracy z młodzieżą, zajmowałem się szkoleniem trampkarzy i juniorów, byłem koordynatorem grup młodzieżowych w Proszowiance i wcześniej w Cracovii.

- Był Pan na stażach trenerskich w Belgii i w Wielkiej Brytanii, miał okazję przyjrzeć się jak działają wielkie kluby angielskie. Jakie najważniejsza wrażenia przywiózł Pan stamtąd?

- Po wyjeździe do Anglii, w której spędziłem dziewięć miesięcy, ucząc się angielskiego i będąc na stażach w takich klubach jak Sheffield Wednesday, Nottingham Forest i Manchester United, całkowicie zmienił się mój sposób patrzenia na futbol. Tam pracuje się w całkowicie innych realiach niż te polskie. To, czego się tam nauczyłem i co zrozumiałem podglądając najlepszych, stało się inspiracją do jeszcze większego wysiłku i pracy wkładanej w doskonalenie warsztatu szkoleniowego. Jednym słowem - bardzo dużo na tym zyskałem.

- Po stażu w Manchesterze sir Alex Ferguson stał się dla Pana trenerskim autorytetem?

- Dokładnie. Już przy pierwszym spotkaniu, widać wielkość tego człowieka. Facet ma niesamowitą charyzmę, ludzie go szanują. Rozmowa z nim, przyglądanie się jego metodom szkoleniowym, przebywanie w szatni z takim człowiekiem i gwiazdami światowego formatu, które ma pod sobą - dało mi dużo do myślenia. Doceniam jego pracę, ale doceniam też pracę innych trenerów, którzy współpracują z Fergusonem, bo to nie tylko jeden człowiek, ale sztab ludzi pracuje nad sukcesem "Czerwonych Diabłów". Patrząc na grę Manchesteru widać charakter, jaki styl nadaje tej drużynie Ferguson. Trener, który potrafi przekazać charakter swojej drużynie, który potrafi wpoić zespołowi swoje myślenie o futbolu, jest wielkim szkoleniowcem. Ferguson jest takim od kilkudziesięciu lat.

- Po wojażach wrócił Pan do Polski i jednak na ławkę trenerską seniorskiego zespołu w Nowym Wiśniczu...

- Uważam, że ten pierwszy, półtoraroczny epizod w Nowym Wiśniczu był jak najbardziej udany. Przejąłem zespół w przerwie zimowej, Szreniawa była wtedy na ostatnim miejscu w V lidze, a sezon skończyliśmy na miejscu siódmym, zdobywając wiosną ponad trzydzieści punktów. W następnym sezonie zrobiliśmy awans do IV igi. Oceniam ten czas bardzo dobrze.

- Po awansie Szreniawy do IV ligi dostał Pan propozycję pracy w Hutniku i ją przyjął. Bez rozterek?

- Oczywiście decyzja była trudna, bo byłem przywiązany do Wiśnicza, do zespołu, który prowadziłem, do ludzi i klimatu, jaki panował wokół drużyny, ale również miałem wielką ochotę pracować w Hutniku - w drużynie, do której zawsze miałem wielki sentyment. Było to dla mnie wyzwanie tym bardziej, że było to moje trzecie podejście do Hutnika - dopiero za trzecim razem udane. Patrząc na tę decyzję  z perspektywy czasu - mimo że ten zespół się rozleciał, mimo iż pracowaliśmy w skrajnie trudnych warunkach - to oceniam ją pozytywnie.

- Zrobił Pan w Hutniku małą rewolucję kadrową, odeszli doświadczeni zawodnicy, została głównie młodzież, ale udało się stworzyć zespół dobrze się rozumiejący, grający futbol ofensywny.

- Miałem o tyle ułatwione zadanie, że Hutnik zawsze miał fantastyczną młodzież, słynął z doskonałego szkolenia. Wprowadziliśmy do zespołu kilkunastu wychowanków, w większości juniorów lub nawet juniorów młodszych jak Adrian Jurkowski, który wszedł do zespołu mając 16 lat. Odmłodziliśmy skład.  To był mój projekt, moja wizja drużyny. Pomagali mi trenerzy Waldemar Kocoń i Mieczysław Będkowski. Uznaliśmy, że stawiamy głównie na swoich, a uzupełniliśmy skład zawodników z zewnątrz, którzy pasowali do naszej koncepcji drużyny. Miała zawsze grać na maksimum możliwości, wymagaliśmy pełnego zaangażowania i profesjonalnego podejścia do obowiązków. Udało się stworzyć fantastycznie rozumiejący się kolektyw, który w każdym meczu udowadniał, że stać go na granie w wyższej lidze niż trzecia.

- Rozpędzony Hutnik - pewnie zmierzający do II ligi, przewodzący w tabeli został zastopowany gwałtownie przez problemy finansowe. Zawodnicy nie mieli wypłacanych kontraktów, Pan nie otrzymywał przez kilka miesięcy wynagrodzenia. Jak to wyglądało z Pana perspektywy?

- Faktycznie przez ostatnie dziewięć miesięcy nie dostawaliśmy wynagrodzenia, nie otrzymywaliśmy żadnych świadczeń, ale mimo to uważam ten okres za udany. Cieszyliśmy się wykonywaną pracą. Przynosiła ona niesamowitą satysfakcję. Kiedy oglądałem z boku grę tego zespołu, to łezka kręciła się w oku z dumy, że mimo niesprzyjających okoliczności  zespół nie załamuje się, pokazuje charakter. To świadczyło o wielkości tego zespołu, świadczyło o zawodnikach - o ich wielkiej sile wewnętrznej. Mam nadzieję, że większość z nich w niedługim czasie będzie występowała w I lidze i ekstraklasie. Niesamowicie pomagali nam kibice, nie tylko swoim dopingiem, ale także finansowo - pomagali opłacać mieszkania zawodnikom, z własnych pieniędzy kupowali sprzęt i fundowali premie. To było coś niesamowitego, nigdy nie zapomnę tego czasu. Przeżyłem dużo dobrych chwil, mam dużo fajnych wspomnień. To było bardzo wartościowe doświadczenie. Kibicuję teraz stowarzyszeniu "Nowy Hutnik 2010", które razem ze Stowarzyszeniem Pomocy Młodym Talentom Sportowym Hutnik, chce ratować sport w Nowej Hucie.   

- Pana zespół słynął z gry ofensywnej, pressingu na całym boisku. Tego nauczył się Pan będąc w Anglii i podpatrując Alexa Fergusona?

- W Polsce tak się utarło, że trenerzy budują zespół od tyłu. Ja buduję odwrotnie. Zespół trzeba przede wszystkim nauczyć gry w ataku, ale przy założeniu, że zawodnicy ataku są pierwszą formacją obronną. To napastnicy jako pierwsi mają zabrać piłkę przeciwnikowi, to oni mają nękać rywali wysokim pressingiem. W mojej filozofii futbolu zespół powinien zamykać drużynę przeciwną na jej  połowie. Bramki traci się ewentualnie po kontrach, to jest ryzyko, które jednak można zminimalizować. Taka jest moja wizja nowoczesnego futbolu.

- W Hutniku o sile zespołu stanowili młodzi gracze - czy to Pana recepta na sukcesy?

- Jestem trenerem, który nie boi się stawiać na młodych, głodnych sukcesu piłkarzy. Oni odpowiednio prowadzeni stanowią o sile zespołu. Takiego młodego zawodnika wprowadza się do drużyny kilka miesięcy, należy go przygotować fizycznie, kształtować mentalnie, pracować nad jego charakterem. W drużynie musi być oczywiście kilku starszych, doświadczonych graczy, ale nigdy nie będę budował składu tylko w oparciu o tzw. "wyjadaczy".

- Historia zatoczyła koło, po rozwiązaniu kontraktów zawodnicy i sztab trenerski opuścili Hutnika, a Pan znowu znalazł w Szreniawie. W Nowym Wiśniczu ma Pan komfort pracy i pełne wsparcie zarządu, klub jest stabilny finansowo, do drużyny trafiło kilku podopiecznych, z którymi współpracował Pan ostatnio. Cel wydaje się jasny. Awans?

- Zawsze stawiam sobie wysokie cele, dlatego nie mógłbym sobie pozwolić na pracę w klubie, który o nic nie gra. Dla mnie ta presja wyniku sportowego w postaci awansu do wyższej ligi rozgrywkowej nie stanowi żadnego problemu. Wydaje mi się, że z tymi zawodnikami, których mam w Wiśniczu, a znam ich wszystkich doskonale - nie będzie problemu się dogadać i poukładać to w spójną całość, zrobić z tego monolit, jaki udało mi się stworzyć poprzednio w Hutniku. Drużyna musi mieć charakter, musi być dobra atmosfera w szatni, futbol ma nam sprawiać przyjemność. Zawsze będziemy się skupiać na najbliższym meczu, na najbliższym przeciwniku. Nie chcę mówić o awansie, tylko chcę go wywalczyć dobrą grą i wygranymi meczami. W listopadzie miałem kilka propozycji z wyższych lig, ale chciałem zostać w Hutniku, miałem tam zadanie do wykonania i wierzyłem w jego powodzenie - niestety nie udało się. Jakby naturalną koleją rzeczy był powrót na "stare śmieci". To, że zamieniłem Wiśnicz na Nową Hutę wcale nie oznaczało, że straciłem kontakt ze Szreniawą, z nią też jestem związany emocjonalnie. Klub się prężnie rozwija, są perspektywy na sukces. Przyjmuję wyzwanie.

- Runda rewanżowa w IV lidze będzie zacięta, przynajmniej kilka drużyn jasno deklaruje chęci powalczenia o awans, kluby nie próżnowały na rynku transferowym. Jesteście wystarczająco mocni, żeby nie bać się walki?

- Oczywiście w sporcie nigdy nie jest łatwo, nie da się zrobić wyniku po najmniejszej linii oporu, najmniejszym nakładem sił. IV liga jest naprawdę bardzo mocna, jest w niej sporo zespołów budowanych solidnie, z głową. Mamy szacunek dla każdego rywala i wiemy, że w każdym meczu trzeba będzie zostawić na boisku 150 procent zdrowia i chęci, by wygrać, ale ani ja, ani żaden zawodnik, który ze mną pracuje nie może się bać. Jeżeli mielibyśmy się zastanawiać, co się dzieje w innych klubach, kogo pozyskano i kto będzie grał w jakim klubie, to znaczyłoby, że jesteśmy niepoważni. Nie boję się rywalizacji, piłkarze są dobrze przygotowani fizycznie, w sparingach realizowali założenia taktyczne. Graliśmy z mocnymi przeciwnikami, na ich tle prezentowaliśmy się korzystnie. Liczę, że tak samo będzie w konfrontacji ligowej i uda się wywalczyć awans.


Rozmawiał: Tomasz Makowski


sieklinski dariusz 12.jpg



więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty