Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Sporty zimowe > Wiadomości sporty zimowe
Olimpijski łańcuch dostaw2018-03-26 21:35:00

Krzysztof Żychowski z Deloitte spędził miesiąc jako wolontariusz na igrzyskach olimpijskich w Korei Południowej.


„Czy miałeś kiedyś kontakt z zimą?” – zapytał go rekruter ponad dwa lata temu, gdy trwał nabór dla wolontariuszy na zimowe igrzyska olimpijskie w Pjongczang. Ostatecznie polska zima okazała się chyba wystarczająca, bo spośród 16 tys. zgłoszeń Krzysztof Żychowski wraz z 1,2 tys. innych osób został wybrany i wyjechał na olimpiadę w Korei Południowej. Na co dzień Krzysztof pracuje jako starszy konsultant w biurze Deloitte w Warszawie.


Wyjazd na olimpiadę to zawsze było jego marzenie. Odkąd pamięta kibicował polskim sportowcom. Gdy jego kolega został wolontariuszem na olimpiadzie w Soczi, pierwszy raz pomyślał, że to może dobry sposób na wykorzystanie urlopu.


Ze złożeniem aplikacji na igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro w 2016 roku spóźnił się o miesiąc, pojechał więc tam jeszcze jako kibic. Zupełnie przypadkowo spotkał tam na ulicy byłego partnera z Deloitte Sławka Muturiego, który także wybrał się do Rio kibicować.


Krzysztof dowiedział się, że wolontariusze rekrutowani są już na dwa lata przed rozpoczęciem imprezy, dlatego niedługo po powrocie z Brazylii we wrześniu 2016 roku Krzysztof zgłosił swoją kandydaturę na igrzyska olimpijskie w Korei. – Jest jeden główny czynnik decydujący, o tym czy zostanie się wybranym. Trzeba być osobą pełnoletnią. Poza tym brana jest pod uwagę również znajomość języków obcych, otwartość oraz dotychczasowe doświadczenie w wolontariacie – mówi Krzysztof Żychowski. Test z angielskiego wypełnił online, potem czekała go jeszcze rozmowa z rekruterem przez Skype. Wreszcie otrzymał odpowiedź, że razem z innymi sześcioma osobami z Polski został wybrany i pojedzie do Korei. Przydzielono mu jedną z najbardziej prestiżowych funkcji, czyli delegation support. Miał pracować jako wsparcie dla reprezentacji Polski, ale jak się później okazało na miejscu pomagał również Irańczykom. Inni wolontariusze pomagali kibicom, pracowali przy kontrolach dopingowych i w biurze prasowym, czy też towarzyszyli VIP-om. 


Wolontariusz od zadań specjalnych

Bilet do Korei Krzysztof musiał sobie sfinansować sam, ale na miejscu organizatorzy pokryli koszty jego noclegu, wyżywienie oraz ubranie. Miał pracować, zarówno na olimpiadzie, jak i paraolimpiadzie, ale choroba opóźniła jego wylot z Polski. Do Korei przyjechał, gdy Kamil Stoch zdobywał tytuł mistrza olimpijskiego. Prosto z lotniska pojechał podziwiać polskiego mistrza. Jako wolontariusz miał wolny wstęp na wszystkie zawody, z czego jak przyznaje z chęcią korzystał. Udało mu się obejrzeć nie tylko skoki narciarskie, ale również zmagania alpejczyków, curling, hokej czy biathlon. Był również na otwarciu i zamknięciu paraolimpiady. 


Oficjalnie jego tydzień pracy trwał 40 godzin, ale od wolontariuszy wymagano elastyczności i pomocy sportowcom wtedy, gdy tego potrzebowali. Krzysztof w polskiej reprezentacji pełnił przede wszystkim rolę kierowcy. To on zawiózł do szpitala, gdzie leżał po wypadku polski snowboardzista Wojciech Taraba, lekarza naszej reprezentacji i przewodniczkę sportowca. Krzysztof w Korei woził nie tylko sportowców, ale też polskich oficjeli, odbierał akredytację i pełnił rolę kuriera. – Rozwiązywałem również problemy komunikacyjne między polskim zespołem a koreańskimi organizatorami i koordynowałem pracę zagranicznych wolontariuszy pracujących z Polakami – opowiada. Wolontariusze mieli do wykonania czasem naprawdę dziwne zadania. Norwegowie zażyczyli sobie kogoś, kto zajmował się wyłącznie oczyszczaniem pokoi urządzeniem antyalergicznym. – Trzeba było być elastycznym i być na każde zawołanie naszej reprezentacji. Po to tam byliśmy, gotowi bym im pomóc w każdej sytuacji. Relacje z polskim zespołem, zarówno Szefem Misji Paraolimpijskiej, Prezesem Polskiego Związku Paraolimpijskiego, jak i sportowcami były świetne. Dbano o to, żebyśmy zawsze tez mieli dużo odpoczynku i mogli jak najczęściej pooglądać zawody – mówi Krzysztof. Jego otwartość i zaangażowanie spowodowały, że nawiązał cenne znajomości i przyjaźnie. Po powrocie z Azji jest umówiony na spotkanie w Krakowie z Igorem Sikorskim, naszym jedynym paraolimpijczykiem-medalistą. Z kolei trener polskich alpejczyków zaprosił go do Szczyrku, by podszkolić go w jeździe na nartach.


Igrzyska jako wyzwanie logistyczne 

Sama Korea nieco go rozczarowała. Sztywność Koreańczyków bywa dla Europejczyków męcząca. – Każdą, nawet najmniej ważną sprawę procedowali dwa, trzy dni. Nie potrafili podjąć żadnej decyzji bez konsultacji z menedżerem. To zamiłowanie do hierarchiczności było dość irytujące. Przebywając z Koreańczykami doskonale wiesz, jaka jest czyja pozycja społeczna – opowiada Krzysztof. 


Z drugiej strony jako specjalista od logistyki przyglądał się, jak Koreańczycy sprawnie zarządzali tak wielką machiną jaką są igrzyska olimpijskie. W oddalonym 200 km od Seulu Pjongczangu zbudowali całkiem spore miasteczko olimpijskie, w którym sportowcy mieli do dyspozycji wszystko, co mogło im się przydać, łącznie z fryzjerem, 24-godzinną stołówką i salonem do gier. Stadion, na którym odbywały się ceremonie otwarcia zostanie niebawem rozebrany, nie będzie więc „straszył” pustkami jak wiele tego typu obiektów olimpijskich w innych krajach. Tuż przy wiosce olimpijskiej postawiono stację benzynową, w której reprezentacje mogły tankować za darmo. – Logistycznie ta impreza była przygotowana właściwie bez zarzutu. Przyglądałem się, jak szybko Koreańczycy po zakończeniu główniej olimpiady, a przed rozpoczęciem igrzysk paraolimpijskich zdejmowali flagi i oznaczenia MKOl, by zastąpić je flagami z Agito, symbolem ruchu paraolimpijskiego. W dość szybkim tempie musieli też dostosować całą wioskę dla osób niepełnosprawnych – mówi Krzysztof.


Czy wróci na następne igrzyska letnie w 2020 roku, które odbędą się w Tokio? Chciałby, jeśli tylko praca mu na to pozwoli. Na razie jego szefowie nie mieli nic przeciwko temu, by w biurze nie było go w sumie 2,5 miesiąca. Tuż po zakończeniu igrzysk ruszył w podróż po Azji. W planach miał odwiedzenie, m.in. Wietnamu, Singapuru i Filipin. – Żeby było to możliwe wykorzystałem cały swój ubiegłoroczny i tegoroczny urlop. Mój wyjazd doszedł do skutku także dlatego, że pracujemy projektowo. Ostatni projekt skończył się dwa tygodni przed moim wylotem, co spowodowało, że nie zostawiałem zespołu z jakimś otwartym zadaniem – mówi Krzysztof. – To jest duża zaleta pracy w Deloitte, że pracując projektowo, można zaplanować, kiedy skończy się większe obciążenie i pojawi się możliwość wyjazdu – dodaje.


Materiał prasowy Deloitte


deloitte_krzysztof-zychowski.jpg
deloitte_krzysztof-zychowski-2.jpg
deloitte_krzysztof-zychowski-3.jpg
deloitte_krzysztof-zychowski-4.jpg



więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty