Facebook
kontakt
logo
Strona główna > Inne > Wiadomości inne
RYSZARD NIEMIEC: Tak zwany boks zawodowy w Polsce wkroczył w strefę pożałowania godnego kiczu...2018-05-26 12:12:00 Ryszard Niemiec

LEKCJA GIMNASTYKI (449)

Jak na festynie w Straszydlu...


Tak zwany boks zawodowy w Polsce wkroczył w strefę pożałowania godnego kiczu, sięgając przy okazji jego dna. Najnowszy przejaw degradacji sportowej i estetycznej miał miejsce w trakcie specjalnej gali zorganizowanej na warszawskim Stadionie Narodowym. Nie wiedzieć jakim cudem, rękę do tej okrutnej wizerunkowej kompromitacji przyłożyła telewizja publiczna…


Patronowanie imprezie, której pomysłodawcą i protagonistą był Marcin Najman, skończyło się poważnym obciachem. Organizator, promotor i zawodnik w jednej osobie, w normalnie funkcjonującej branży powinien dostać po łapach i otrzymać szlaban na próbę pogwałcenia obiektu sportowego o charakterze narodowym, a wiec poniekąd sakralnym. Tymczasem, jakimiś dziwnymi ścieżkami, Najman wyłudził od włodarzy sportowej redakcji patronat i zdolność promocyjną, kompletnie nie przystającą do swej oferty. Już sama oprawa imprezy budziła szczere poruszenie. Obecność piosenkarki Edyty Górniak udającej indiańską księżniczkę Pocahontas, była w pewnym sensie uzasadniona przez wzgląd na podobieństwo gali z koncertem w Pacanowie, gdzie artystka wystąpiła z premierowym wykonaniem songu z filmu poświęconemu legendarnej postaci prekolumbijskiej Ameryki. Natomiast wynajęcie telewizyjnej dziennikarki śniadaniowej- Anny Popek, było już sporym przegięciem ze względu na ledwie propedeutyczną znajomość materii, z jaką miała się ona zmierzyć przy mikrofonie. Wprawdzie ma za sobą doświadczenie spikerowania na jubileuszu firmy opiekującej się klubem z Niecieczy -  Bruk-Betu, aliści towarzyszenie samemu Michaelowi Bufferowi, okazało się przejawem daleko posuniętej nieskromności. Górnik, Popek i Buffer - postaci jednak z górnej półki branżowej, w miarę jak gala ujawniała swój potencjał stricte sportowy, rychło okazały się jej pięścią do nosa…


Salwę we własną stopę oddał przede wszystkim Marcin Najman. Wyszedł na ring obdarowany przez los niespodziewanym unikiem zakontraktowanego przeciwnika - Artura Binkowskiego. Gościa zwinęła policja pod zarzutem, o który można podejrzewać, ale o którym za wcześnie pisać i mówić… W trybie alarmowym wyszukano bliżej nierozpoznawalnego bodaj Łotysza - Bigisa. Ten należycie wywiązał się z roli dobrodusznego rywala i ani raz nie wszedł w szkodę cielesności Najmana. Niestety, jego pacyfistyczna postawa polegająca na prostowaniu zaczepnej kończyny górnej tak, aby - broń Panie Boże - nie dotknęła ona facjaty Najmana, zakończyła się przedwczesną, bo już po czwartej rundzie, rejteradą Polaka z ringu! Krańcowo rozczarowana widownia podjęła protest akustyczny w postaci gwizdów i wyzwisk, moim zdaniem niekoniecznie uzasadnionych. Ktoś, kto wybiera się na galę z nadzieją obejrzenia WALCZĄCEGO Najmana, powinien wiedzieć, że ma on we zwyczaju uciekać z maty przed czasem. Uczynił to parokrotnie wcześniej, a na Narodowym po prostu pozostał wierny preferowanej zasadzie.


Piątkową imprezę kibice zapamiętają jako upływającą pod znakiem porzucania rękawic przez zawodników grubo przed końcowym gongiem. Przed bynajmniej nie bijącym srogo - ciężkim Izuagbe Ugonohem czmychnął, przeskakując liny, gościu znany z walki z Adamkiem - Fred Kassai. Ani nie oberwał zanadto, ani się nie zmęczył szczególnie, a podniósł rękę w akcie poddania się… Rozpytywany na temat motywów własnowolnej klęski zeznawał niespójnie, raz - że zaczęła go boleć noga, dwa, że ból jednak dotyczył głowy. Mówiąc serio, człowiek wpisał się za parę złotych w scenariusz tak właśnie reżyserowanej farsy, w której pierwiastek sportowy został uwzględniony w stopniu minimalnym.


Wyrazistym dopełnieniem farsy okazało się „wprowadzanie na zwycięską ścieżkę Artura Szpilki”… Rozszyfrowując ten ezopowy zwrot trzeba powiedzieć o co naprawdę szło. Szło otóż o stworzenie pozornego fundamentu odnowy wiary w zdemaskowany wcześniej potencjał sportowy Artura. Bokser ciężko doświadczony porażkami na amerykańskich ringach, potrzebuje sukcesu jak kania deszczu, nie zważając na jakość rywali. A wszystko po to, aby pan Wasilewski zdołał jeszcze co nieco wycisnąć z tej wyeksploatowanej cytryny. No, i wyszukano Szpilce 43-letniego Dominika Guinna, dającego pełną gwarancję nie czynienia Polakowi krzywdy. Facet poszedł nawet o krok dalej w usłużności wobec rywala, bo zgodził się położyć na macie w ostatniej rundzie, zaraz po tym jak Szpilka go dosięgał sierpowym. Po ogłoszonym, ale z góry ustalonym, werdykcie, rozpoczęło się dziennikarskie bajanie o szansach Polaka na drodze do tytułu mistrza świata w najcięższej wadze. Panie Boże, Ty widzisz i nie grzmisz…


O innych pojedynkach nie ma wielkiego sensu się rozpisywać, albowiem czystego pięściarstwa było w nich tyle, co kot napłakał. Na szczęście, świadkami fatalnie wyreżyserowanego przedstawienia, godnego remizy strażackiej, a nie Narodowego, było raptem parę tysięcy naiwniaków, dających się nabrać na te plewy. Na przyszłość będą mieli nauczkę!


Ryszard Niemiec



więcej wiadomości >>>

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty