Facebook
kontakt
logo
Strona główna > STREFA BLOGU
RYSZARD NIEMIEC przed wylotem na rosyjski czempionat wspomina mundial Meksyk 1986...
autor
Ryszard Niemiec (ur. 1939), dziennikarz, reporter, felietonista, działacz sportowy. Koszykarz m. in. Cracovii, Sparty Nowa Huta, Resovii. Były redaktor naczelny "Dziennika Polskiego", "Tempa", "Gazety Krakowskiej". Laureat Złotego Pióra (1979, 1985). Członek Zarządu Polskiego Związku Piłki Nożnej. Od 1993 prezes Małopolskiego Związku Piłki Nożnej.
Wcześniejsze wpisy:

LEKCJA GIMNASTYKI (451)

Mundialu ów!

Dopinając walizkę podróżną przed wylotem na rosyjski czempionat światowego futbolu, wydobywam na użytek Czytelników ST trochę wspomnień z mundialu Meksyk 1986.


Sportowe uzasadnienie tej retroliryki jest takie, że właśnie wtedy nasza reprezentacja ostatni raz wyszła z grupy, w której trafiła na wcale mocną konkurencję: drużyny Anglii, Portugalii i Maroka. Po remisie z Marokiem przyszła wygrana z Portugalią (gol Włodka Smolarka) i łomot zebrany od Anglików (3 bramki Linekera). Gwoli ścisłości awans przyniosła nam dodatkowa tabela zespołów z trzeciego miejsca grupowego, zatem wielkiej chwały na tym turnieju nie zyskaliśmy. Paradoksalnie, najlepszy mecz rozegraliśmy w Guadalajarze, przegrany z Brazylią czterema bramkami do kółka. Polegliśmy sromotnie, aliści w I połowie wielcy faworyci najedli się strachu, albowiem strzały Karasia i Tarasiewicza wylądowały na słupku i poprzeczce ich bramki. W miarę upływu lat, mitologia pamiętnego spotkania obrosła w wiele publicystycznych wydumanek, takich jak karny, niesłusznie podyktowany przeciw Polsce, a także kolejny gol stracony ze spalonego… Jakieś jądro racjonalności siedzi w opinii o szczególnej trosce organizatorów mistrzostw dotyczącej losu canarinhos. Ich wylotka z turnieju w fazie walki o ćwierćfinał, oznaczałaby według nich katastrofę sportową i wizerunkową. Brazylia piłkarska na zachodniej półkuli, zwłaszcza w cywilizacji i kulturze latynoamerykańskiej, nosi znamiona zjawiska nadprzyrodzonego. W tym sensie należy rozpatrywać negatywne skutki ewentualnej, przedwczesnej porażki ekipy trenowanej przez Santanę. Nie dziwota, ze Polacy stający na stadionie Jalisco do gry przeciwko Brazylii, nie mieli na widowni nawet garstki przyjaznej publiki. Zakochani w piłkarstwie brazylijskim Meksykanie na drużynę Piechniczka patrzyli jedynie jako na konieczne tło dla Julio Cesara, Zico, Socratesa, Careki, Alemao, Josimara, itd.


Porażkę w Guadalajarze w obozie polskich dziennikarzy przyjęto z nadmierną goryczą, kompletnie nie podbudowaną realistyczną analizą. No, może z wyjątkiem nie do końca obiektywnej trójki sędziowskiej na czele z Niemcem Rothem, który podyktował przeciwko nam dwa karne… Koncentryczny atak skierowano przede wszystkim na Antoniego Piechniczka, którego Darek Szpakowski w swej nieprzemyślanej szarży, skłonił w studio telewizyjnym do deklaracji odejścia z funkcji selekcjonera. Sporo pretensji kierowano pod adresem Bońka, który szczyt formy miał już za sobą i mimo że starał się i denerwował na murawie, niewiele mógł zdziałać. Trzy dychy na plecach dawały o sobie znać, tym bardziej, że Zibi od maleńkości w grę, zwłaszcza w narodowych barwach, zawsze wkładał całe zdrowie. Wielu liczyło na eksplozje talentów Dziekanowskiego i Urbana, niestety, obaj niczym specjalnie nie zachwycili. Najbardziej zawiedziony wynikiem w Meksyku był jednak nowy, wybrany rok przez mundialem, prezes PZPN, wiceminister rolnictwa i szef gigantycznego koncernu rolno-spożywczego Edward Brzostowski z Dębicy. Ten socjalistyczny menadżer, prekursor gospodarczych rozwiązań rodem z kapitalistycznych kanonów, chciał zmotywować drużynę poważnym dopingiem finansowym, w jakimś stopniu zbliżonym do kwot oferowanym reprezentantom zachodnich państw… Ponieważ był ograniczony przepisami peerelowskiego ministerstwa w postaci GKKFiT-u, postanowił poszerzyć granice swoich kompetencji finansowych, wąsko nakreślonych przez ówczesnego premiera Zbigniewa Messnera. Skorzystał z faktu, że Polska miała w Meksyku spółkę z meksykańskim kapitałem, specjalizującą się handlem polskimi wyrobami alkoholowymi na czele z wódką „Wyborową”. Zarezerwował sobie w kasie spółki odpowiednią kwotę dolarów, która na piłkarzach miała sprawić przyrost zwycięskiej motywacji. W tej poniekąd samowolnej operacji miałem i ja swój udział, albowiem po starej znajomości z czasów posługi dziennikarskiej na podkarpackim kierunku, zdobyłem zaufanie Brzostowskiego, także prezesa piłkarskiego klubu Igloopol Dębica… Do wyegzekwowania gospodarskiej zapobiegliwości prezesa nie doszło z wiadomych powodów: na przeszkodzie stanęła Brazylia. Ukarał ją Pan Bóg przegraną w 1/8 finału, kiedy to Sokrates i Platini nie wykorzystali karnych w dogrywce (Francja-Brazylia 1:1), co nie zmieniło faktu, że Brzostowski poleciał do kraju, machając ręką na dalsze rozstrzygnięcia mundialowi. Zapamiętany został wszakże jako czuły patron gromady kilkunastu polskich dziennikarzy. Zasłynął przede wszystkim jako ich sponsor i karmiciel, dostawca konteneru konserwowych szynek dębickich, które na rynku amerykańskim miały wielkie wzięcie, tym bardziej u naszych wysłanników na mundial, ściubiących każdego dolara z miesięcznych diet pobytowych wypłaconych przez koncern prasowy RSW Prasa-Książka-Ruch. Wraz z redaktorem Wykrotą z katowickiej Trybuny Robotniczej, dostąpiłem zaszczytu, uczestnictwa w komisyjnym przydzielaniu owego wspomagania żywnościowego. Dzięki krojonym aktom sprawiedliwego podziału szynki, zjednałem sobie sporo sympatii, zwłaszcza u redaktora Ryszarda S. (Sztandar Młodych), który jako okradziony w trakcie międzylądowania w Frankfurcie nad Menem, skazany był na koleżeński wikt i kwaterunek podczas całego pobytu w Meksyku. Prawdę powiedziawszy, właśnie on został największym zwycięzcą Mexico 1986, albowiem przeżył miesiąc w drogim, egzotycznym  kraju, bez jednego peso w kieszeni!

REKLAMA

REKLAMA

2009 Sportowetempo.pl © Wszelkie prawa zastrzeżone ^
Web design by Raszty